Wiosenne 360 raz jeszcze - relacja Janka Lenczowskiego

  Z przyczyn oczywistych, przez minione kilka dni nie publikowaliśmy na naszych stronach, fb czy twitterze żadnych informacji - poza tymi, które nawiązywały do pożegnania Krzyśka. Chcemy, czy nie - trzeba wracać do codziennego kołowrotka, więc nadrabiamy zaległości. Rozpoczynamy od imprezy, która odbyła się ponad tydzień temu - czyli do naszych Wiosennych 360. Jedną  z osób, których występ można określić jako spekatakularny (zarówno na trasie, jak i po przekroczeniu linii mety) - był Janek Lenczowski. Oto jego relacja...

Wiosenne 360

W tym roku odpuściłem sobie rywalizację w pucharze MnO, biorąc za priorytet przygotowania do wyprawy himalajskiej.

Na Wiosenne 360 wybrałem się jednak, jako, że impreza niedaleko, do tego organizowana przez klub, który reprezentuję. Trzeba było pojawić się i zobaczyć jak z poziomem biegowym i kondycyjnym.

Wybrałem oczywiście swój koronny dystans, czyli moje ulubione 50 km. Przy dobrym przygotowaniu zwykłem przebiegać podobne trasy z przyjemnością, tym razem miało być jednak trochę gorzej.

Przyjechałem wcześnie rano, jak się okazało jako jeden z pierwszych uczestników zawodów.

Spokojnie mogłem więc przygotować cały ekwipunek i jeszcze raz przemyśleć co zabrać, jako że pogoda była chłodna i wietrzna, ale z tendencją do szybkiego ocieplania się.

Ostatecznie wystartowałem ubrany dosyć lekko, w koszulce spodniej i drugiej z golfem i długim rękawem. Ten zestaw sprawdził się w zasadzie na całej trasie.

Przyjeżdżając na zawody byłem trochę podziębiony, ale na początku biegu nawet mi to nie przeszkadzało.

Na starcie 'pięćdziesiątki' pojawili się stali bywalcy, był Krzysiek Lisak, Mateusz Komorowski, Marcin Kargol, brakło jedynie Mateusza Mioduszewskiego, który tym razem postanowił wystartować na krótszej trasie, choć jak się okazało i tak dopadło go przekleństwo, czy może błogosławieństwo drugiego miejsca.

Na starcie pojawił się też Andrzej Krochmal z kuriozalnym numerem 4000, na cześć swojego czterotysięcznego startu w zawodach. Andrzej swoje pierwsze zawody ukończył w 1975 roku, czyli przed moim urodzeniem, a do tego wszystkie skrzętnie notował na przestrzeni 44 lat.

O godzinie 8.00 otrzymujemy mapy i ruszamy na pierwszy etap zawodów, czyli BnO o długości 11 km. Zaczynam spokojnie i na pierwsze kilka punktów wchodzę precyzyjnie i bezbłędnie, razem ze mną biegnie Marcin Kargol. Potem popełniam serię trzech błędów, na 2-4 minut każdy. Nie przejmuję się tym szczególnie, zdając sobie sprawę, że zawody rozstrzygną się na 40-kilometrowym etapie 'turystycznym', a BnO należy traktować raczej jako prolog. Po 1 godzinie i 16 minutach wracam do bazy zawodów odebrać drugą mapę i wyruszam na liczącą 9 PK trasę na mapie topograficznej. Po pierwszym etapie jestem na czwartym miejscu, ale do najgroźniejszego rywala Krzyśka Lisaka, tracę tylko 3 minuty.

Wybieram wariant odwrotny do wskazówek zegara, trasa nie daje zbyt wiele wyboru, można ją zaliczać prawo, bądź lewoskrętnie. Za to najlogiczniejsze przebiegi prowadzą w dużej mierze po drogach leśnych i szutrowych, co jest miłym gestem w stronę kolan uczestników.

Jako, że niepomny licznych złych doświadczeń ubrałem się w krótkawe spodnie, już na drugim zaliczanym PK otrzymuję kilka krwistych rys od czyhających na mnie jeżyn. Okolica punktu przy skrzyżowaniu kanałów, szczególnie obfituje w tego rodzaju roślinność, nauczka jest taka, żeby nie skracać przez krzaki i konsekwentnie prawie całe zawody biegnę trzymając się dróg leśnych.

Przed kolejnym punktem dogania mnie Krzysiek, co robi za mną? Miał być przede mną, tymczasem pogubił się przy punkcie z jeżynami i tam go bezwiednie wyprzedziłem.

Przez kolejne kilka punktów wciąż zmieniamy się na prowadzeniu, każdy wybiera inny wariant, ale i tak spotykamy się co rusz. Krzysiek biegnie trochę szybciej ode mnie, ale popełnia też więcej błędów.

Brakuje już tylko dwóch punktów do mety, gdy przychodzi kryzys. Czuję, że nie jest ze mną dobrze, organizm zaczyna odmawiać mi posłuszeństwa, coraz trudniej biec, przechodzę do marszu i zjadam batona, picia jeszcze trochę mam, piję więc, ale siły nie wracają, boli mnie brzuch.

Jakoś udaje mi się zaliczyć dwa ostatnie punkty i dowlec się na metę, częściowo truchtam powłócząc nogami, chwilami przechodzę do marszu gdy całkiem brakuje mi mocy.

Zastanawiam się, czy uda się utrzymać drugie miejsce, chcę już tylko być na mecie, mam wszystkiego dosyć.

Ostatecznie udaje się dobiec na drugim miejscu, do Krzyśka straciłem na ostatnich kilku kilometrach ok. 20 minut.

Na mecie jestem kompletnie wypruty, mam dosyć wszystkiego, do tego boli mnie brzuch i nie jestem w stanie nawet zjeść grochówki. Wyglądam już tak marnie, że Igor nasyła na mnie dyżurnych sanitariuszy, którzy stawiają mnie na nogi i za godzinę jestem już w przyzwoitym stanie.

Dotąd nie wiem, co mnie tak rozwaliło, czy słońce, czy choroba, czy może słabe odżywianie na trasie, dosyć że bardzo się odwodniłem i wycieńczyłem organizm. Na pewno dobrze zrobi przerwa od długich zawodów, bo trzy weekendy pod rząd intensywnych startów mogły mnie nieco nadwyrężyć.

Poza moją kryzysem w końcówce, Wiosenne 360 znów świetnie się udało, miło spotkać wszystkich bliższych i dalszych znajomych, pobiegać po lasach i nawet podziarać się jeżyną. Dzięki dla orgów, za kawał świetnej roboty, tracking i szybkie wyniki na stronie.

Komentarze