Laudacja na cześć Konwalii

 Troszkę zaniedbywaliśmy ostatnio tematykę rajdową; trochę dlatego, że nie bardzo się uczestnicy takich imprez garnęli do pisania... Ale - na szczęście - są wyjątki. Korek Jaskuła dał się namówić na wspomnienia z Rajdu Konwalii; choć, jak się wczytać, to mam wrażenie, że Marek Galla &Co też chyba byli czynni przy pisaniu tej relacji. Jest to bowiem recenzja nad wyraz sympatyczna dla organizatorów... Pozostaje zatem pogratulować orgom udanej imprezy - i zapoznać się ze wspomnieniami (miłymi) Kornela. Prosz barzz:

 Długa trasa na Rajdzie Konwalii to chyba najlepsze wspomnieniowo zawody, w jakich brałem udział. Nie dość, że najdłuższe, to jeszcze przy świetnych warunkach atmosferycznych i przemiłej aurze stworzonej przez organizatorów. Ten rok miał być kolejnym rokiem bez startu w dłuższych zawodach - Anka boryka się z kontuzją kolana, a ja nie startuję nawet na krótkich dystansach rajdowych. Na szczęście jest coś takiego jak zbieg okoliczności i właśnie dzięki niemu zgłosiłem się na długą konwaliową trasę. Szymon Terminator Pietrowski zgodził się potowarzyszyć mi przez półtorej doby w okołobydgoskich lasach. Partner,  w przeciwieństwie do mnie, obyty ze  wszelkimi formami długiej rozrywki - ukończył z powodzeniem Hardą Sukę i niedawne Adventure Trophy. Ten układ zwiastował bezbłedną nawigację i szybkie tempo.

 Zwiastowanie - zwiastowaniem i pierwsze założenia o szybkości musieliśmy zweryfikować na samym starcie. Równo o 7:00 pozostałe ekipy wyruszyły na pierwszy etap Swim & Run, a my przykładnie puściliśmy ich przodem szukając zagubionego mapnika i w sumie nie wiem czego jeszcze. Z tą kilkuminutową stratą ruszyliśmy w pogoń. 28 kilometrów biegania z pietnastoma odcinkami pływackimi o łącznej długości 2 kilometrów dały w kość chyba wszystkim zespołom. Dość powiedzieć, że ja przepłynąłem w życiu w sumie tyle, ile podczas tego etapu. Na szczęście - czołówka nie umknęła zbyt daleko i zaraz po wystartowaniu na rowerach jechaliśmy w 3 zespoły na drugim miejscu (swimrunerzy i Lewy team, 20 minut za AT). Rower - jak to rower; bez historii. Dojechaliśmy nad wiślańskie jary i tutaj czekała nas nie lada niespodzianka - 6 kilometrów pieszej nawigacji po geodezyjnej mapie w terenie, który nazwałbym Labiryntem Wąwozów - opis wszystkich PK brzmiał "dno jaru". Kilkunastometrowe pionowe ściany, gęsta flora i miłe błotko sprawiły, że każda ekipa spędziła tam więcej niż godzinę.

 Kolejny rower bez historii skończył się przepakiem przed odcinkiem trekingowym z sytym etapem BnO. Sytym, gdyż na mapie znalazło się 36 PK, których część  można było zaliczyć podczas powrotu kajakiem, gdyż organizatorzy dopuścili możliwość rozdzielenia się w części kajakowego etapu. My wybraliśmy wariant 21 PK wspólnie i 15 w drodze powrotnej. Noc zapadła, gdy wychodziliśmy z mapy BnO - po drodze spotykaliśmy Lewych, AT i swimrunnerow - z tymi ostatnimi kontunuowaliśmy trekking z jedną małą przygodą na PK na skraju łąki. 20 minut stracone biorę na siebie - przez lata kształt łąki się zmienił i przybyło jej rogów. Pokręciliśmy się w kółko i dogonili nas Lewi oraz Morenka team. Kajak nocą, we mgle, krętą rzeczką wspominam bardzo miło. Wraz ze świtem wypłynęliśmy na jezioro, gdzie po podbiciu jednego PK rozdzieliliśmy się. Lewi wysiedli razem z nami, ale pobili 2 PK więcej podczas pierwszej wizyty na BnO więc mieli przewagę.

  Na ostatni, stukilometrowy, etap rowerowy wyjeżdżaliśmy na drugim miejscu z AT za plecami. Niestety, moja forma nie stała na już na światowym poziomie i Justyna z chłopakami (bo warto wspomnieć, że 
startowali w trójkę) dogonili nas dość szybko. Mniej więcej w połowie dystansu minęli nas Morenka Team, ale nie przejeliśmy się nimi, zakładając, że nie mają wszystkich bonusowych PK. Trochę odżyłem i przez 
jakiś czas utrzymywaliśmy wysoką średnią na szutrach. Tak było do czasu gdzie na 3 PK przed końcem dogoniliśmy AT. Ścięło mnie konkretnie i pojechaliśmy za daleko nakładając 5 minut. Niestety lepiej już nie było, 
a ostatni PK to osobna historia; dość powiedzieć, że patrzyłem na kompas i nie wiedziałem, gdzie jest północ. 15 minut w plecy i trochę nerwów przy kręceniu się wokół PK. Dojechaliśmy na metę po 30 godzinach i 20 
minutach, 40 minut za Lewymi. Ścisk był ogromny. Morenka Team przyjechał 3 minuty po Lewych i ku zaskoczeniu wszystkich mieli podbite wszystkie bonusy. Chłopaki pokazali kawał dobrej nawigacji i mocnego tempa - za co należy im się szacunek. AT nam uciekło dzięki błędom w końcówce. Finalnie zajęliśmy 4 miejsce. Szkoda końcówki, bo szansa na podium była duża, ale to kolejne doświadczenie, które zaprocentuje w przyszłości. Nie pamiętam zawodów na 300km gdzie 4 ekipy dzielił tak krótki czas na mecie. Jak zawsze nie można zarzucić niczego ekipie Rajdu Konwalii, a wręcz trzeba ich namawiać do przygotowywania większej ilości takich wuefów.