MP w sprincie - chwalimy się i innych

  Kiedyś środa oznaczała na naszej stronie dzień samochwały; ponieważ, akurat, jest się czym pochwalić, wracamy do tej pięknej tradycji. A przy okazji posmarujemy trochę organizatorom Mistrzostw Polski w sprinterskim BnO - ale o tym za chwilę. Najpierw bowiem wypinamy klaty i w ogóle; Team 360 Stopni zdobył w ten weekend trzy (a licząc na sztuki, to i cztery) medale MP!

  Żeby zaś było do kompletu, to każdy z tych medali jest w innym kolorze. Parytet zachowany był także, jeśli chodzi o skład naszej ekipy na te zawody; trzy Panie, trzech Panów. Wszyscy walczący w kategoriach juniorów starszych...

 

  Bieg indywidualny stanowił miłą odmianę w stosunku do wielu zawodów sprinterskich z tego sezonu (nie wyłączając MŚ weteranów); mianowicie - dawał szansę na popełnienie błędu przy wyborze i realizacji wariantu. I trzeba uczciwie powiedzieć, że większość z nas z tej szansy chętnie korzystała. Nawet kilka razy, jak piszący te słowa. Swoje robiła także przebieżka pod skarpę, na której leży Serock - skutecznie odcinając na jakiś czas głowę. Bardzo to było fajne - chociaż kompletnie niewidoczne na mapie ścieżki w parkowym fragmencie biegu to była już niepotrzebna atrakcja... W każdym razie - po biegu indywidualnym na konto Teamu wpadły dwie blachy; Ilona zdobyła złoto w K 35 (dwie sekundy przed faworytką, Wiolą Konkol-Klimczak z Rumii), Igor - srebro w M 45 (ex aequo z Rafałem Mianowskim z UNTS, pierwszy był Kalikst Sobczyński ze Śląska Wrocław). Ula i Korek zajęli piąte lokaty (K 45 i M 35), Anka, zwana dalej Juną - 9. miejsce w K 35, Bartek - 15. w M 45. 

(Ustaweczka pod dachem. Bo na zewnątrz...)

  Sielanka skończyła się w sobotę. Aż trudno uwierzyć, jak potrafi się zmienić pogoda w kilkanaście godzin; było ciepło i słonecznie, w niedzielę - podczas sztafet - lało z przerwami na zwykły deszcz i mżawkę. Ponieważ zaś finisz zmian odbywał się na boiskowej murawie - a kończył się podwójnym wyhamowaniem (podbicie mety + przekazanie zmiany) - nie można się było napatrzeć. Trudno ocenić, kto wywalił najbardziej efektownego orła; zanotowano pady do przodu, na boki, do tyłu. Przekazywanie zmiany wślizgiem, na czworakach. Stojak z puszką mety przewracany był przynajmniej kilkanaście razy; stachanowcy czynu wywrotkowego potrafili przewrócić się najpierw przy mecie, po czym dołożyć kolejną glebę kilka metrów dalej, przy zmianie. Pięknie było.

 

(I takich figur bez liku. Naprawdę, kto nie był, niech żałuje)

  Trasy - także z uwagi na aferę przeciekową - już takich trudności, jak dzień wcześniej, nie oferowały. Było raczej szybko, niż trudno; ale biorąc pod uwagę, w jakiej sytuacji musieli pracować organizatorzy, należą się im pochwały. Dźwignęli bardzo trudne zadanie; nie słyszałem, by ktoś narzekał, że po przedwczesnym opublikowaniu mapy niedzielne zawody były nieudane. Nowe trasy (przynajmniej dla weteranów, ale pewnie korekty dotyczyły i innych kategorii) pozwoliły przeprowadzić dobre ściganie. No i kluczowe, jak się okazało w dniu zawodów, rozwiązanie logistyki i bazy imprezy; gdybyśmy w niedzielę nie mieli dachu nad głową... Oj, cienko by wszyscy piszczeli. A jak się tak zastanowić, to tego typu udogodnienia (hala do rozgrzewki, druga do kibicowania) wcale nie były oczywistym rozwiązaniem w minionych latach. Ciekawe zresztą, jak rzecz będzie wyglądała w przyszłości - ale to już osobna kwestia. PUKSy pokazały, że można - reszta niech się zastanawia.

 Wracając do chwalipięctwa; w sztafetach wystawiliśmy dwa składy w S 70. Ilona i Igor mieli walczyć o medale, Juna z Korkiem - nabierać doświadczenia. Podział zadań wydawał się oczywisty; wyjadacze i medaliści z jednej strony, sklecona na dwa dni przed terminem zgłoszeń sztafeta z drugiej. No i ta Juna, która na zawodach z mapą nie biegała wszystkiego nawet dziesięć razy... Skończyło się tak, jak poniżej:

  Chyba jedna z większych niespodzianek tych MP - brąz dla naszej sztafety. Oczywiście, żeby było jeszcze fajniej, te medale Juna z Korkiem sprzątneli sprzed nosa drugiej klubowej sztafecie - Ilona i Igor skończyli na 4. miejscu. Tak to jest, wyhodować sobie żmije na własnej piersi... No - ale medal dla klubu jest, więc powyższą wprawkę narcystyczną uważam za w pełni uzasadnioną. Środowa tradycja podtrzymana!

Komentarze