ARC - dobre starty polskich teamów!

  Bardzo dobrze zaprezentowały się polskie ekipy na Adventure Race Croatia, czyli sytym rajdzie przygodowym, dobiegającym właśnie końca w chorwackim Velebicie i na wybrzeżu dalmatyńskim. Dla porządku - trasa mierzyła około 500 km, na starcie stawiła się duża część europejskiej czołówki (zawody są eliminacją ARWC, czyli mistrzostw świata w rajdach) - a teren jest tyleż malowniczy, co wymagający. W tych okolicznościach przyrody szóste miejsce wywalczyła ekipa Adventure Trophy.pl (Justyna Frączek, Maciek Mierzwa, Zbyszek Mossoczy i Artur Kurek - tak, ten sam, który nie tak dawno temu deklarował, że już kończy z dużymi rajdami...). Zwyciężył, w świetnym stylu, szedzki (acz nawigował w tej ekipie Austriak) zespół USWE Adventure Team. W czołowej dziesiątce zameldował się zaś także drugi, polski, zespół - Gymcity AR z Irkiem Walugą w składzie. Poza naszym teamowym przedstawicielem w skład zespołu wchodzili Mateusz Talanda, Maciej Dubaj i Nicola McLeod, która pojawiła się na liście startowej w ostatniej chwili. A do tego jeszcze w Chorwacji walczyły ekipy On-sight/Sporting Travel (Ula ZImny, Marta Kurek, Łukasz Drewniak, Szymon Pietrowski) - prawdopodobnie miejsce w trzeciej dziesiątce oraz Adventuresport.pl (Aleksandra Czerwińska, Marek Galla, Tomasz i Patryk Grochowalscy) - skrócona trasa. No - cztery polskie składy na takich zawodach, fiu, fiu... Pewnie, kiedyś i sześć na raz się w Chorwacji ścigało, ale to było bardzo dawno temu.

  Wracając do tegorocznego rajdu - po nieco słabszym starcie na kajakach, Adventure Trophy szybko dołączyło do ścisłej czołówki - i już w niej pozostało do mety. Gymcity AR - odwrotnie; na kajakach wydarli do przodu,a potem... To już opowiedział Irek:

 " Trasa bardzo podobna do tej z zeszłego roku. Kajaki na początek, kajaki na koniec, były też w środku. Sama trasa - nie była chyba aż tak wymagająca, jak ta, którą chłopaki przygotowali w tym roku na Adventure Trophy. Nie odczuwałem aż tak przewyższeń, choć - oczywiście - były skały no i na pewno to nie jest teren, w którym można się pchać przez krzaki, które są oznaczone jako nie do przejścia. Tu ta śródziemnomorska roślinność naprawdę nie puszcza. Ale ciekawie, sporo etapów, przepaków - na których zresztą radzilismy sobie dobrze i szybko. Interesująca nawigacja w fortecy; kilka poziomów tego obiektu było nałożone na jedną mapę - jak kiedyś w twierdzy Kłodzko (imprezy Bergson AR kilkanaście lat temu - IB). Od razu się ożywiłem, nawigując... Ale poruszaliśmy się raczej wolno. Trafiliśmy do grupy kilku zespołów, które ścigały się o lokaty na przełomie pierwszej i drugiej dziesiątki. Jedni nas wyprzedzili, my innych. Trochę było niespodzianek na trasie; na jednym z PK trzeba było zrobić zdjęcie całego zespołu - o czym wcześniej nas nie informowano. A to był taki kanion, gdzie do punktu trzeba było dopłynąć. W dodatku - w wodzie pływały jakies traszki i wielkie pijawki. Jedna użarła Mateusza w klatkę piersiową i potem krwawił długo... W sumie dobrze, że nie kazali pływać między krokodylami, byłby jeszcze lepszy "adwenczer". Ale - z drugiej strony - świetnie wyglądała meta; w nocy chyba nawet lepiej, niż za dnia. Szpaler z pochodni i flag na plaży... pięknie to się prezentowało. A teraz odsypiamy, bo w trakcie zawodów przysnęliśmy dwa razy po niespełna półtorej godziny (na 86 godzin ścigania - IB)."

(Gymcity AR na mecie; foto z fb organizatora)

 Tyle Irek; mam nadzieję, że wszyscy poczuli się zachęceni do startu za rok? Bo pewnie znowu Chorwacja znajdzie się w kalendarzu. W miarę blisko, nie najdrożej, no i jakże sympatycznie!