Wyścig by Tomasz Marczyński - wrażeniówka

Dziś jeszcze nie znam odpowiedzi na tytułowe pytanie. Serio. Było fajnie, ogólnie. Do szczegółów można się przyczepiać, ale tak jest przecież zawsze i wszędzie. Umęczyłem się jak tajska dziw..., yyy, jak koń na westernie i tyle tej radości. Opowiem Wam obiecaną historyjkę o Wyścigu by Tomasz Marczyński, w którym udział wząłem w poprzednią sobotę.

 

Pogoda miała być i była paskudna, choć prognozy dawały jeszcze ułudę, że może ostatecznie nie lunie. Jednak ostatnie dni przed startem rozmyły nadzieje na złotą polską jesień w Puszczy Niepołomickiej. Mżyło z przerwami na ulewy. A ponieważ na trasie wiodącej właśnie przez niepołomickie (przepiękne!!!) lasy wyznaczono odcinki szutrowe, do Zamku Królewskiego docieraliśmy umorusani jakbyśmy się tarzali w oranicy na Wielkiej Pardubickiej, albo przynajmniej przedzierali przez rajdowe bezdroża, lub chociaż zawodów MTB, a nie na szosówkach. Do pokonania mieliśmy cztery pętle po 25 km + 6 km dojazdu i 6 km powrotu z rundy, w sumie 112 km. Z Jaśkiem Jelonkiem z Willi Klimkówka w Zakopanem mieliśmy jechać całą trasę, ale rozstaliśmy się w zgodzie pod koniec pierwszej rundy. Wcześniej złapałem gumę, na zmianę której straciliśmy około kwadransa. Ze strat czasu, oczywiście oprócz nikczemnego tempa jazdy, interweniowałem po kraksie, do której doszło na sfrezowanym fragmencie pasa technicznego przy autostradzie. I tutaj muszę napisać o minusie. W przeddzień startu otrzymałem SMS z telefonem alarmowym, co naturalnie jest wielkim plusem i chwała organizatorom. Po kraksie, w której ucierpiała trójka cyklistów, przez kilka minut tłumaczyłem dyżurnej gdzie jesteśmy. A stres mimowolnie się pojawia. Jeden z chłopaków wzrok błędny, nie odpowiada na pytania, twarz pokiereszowana, sącząca się skądś krew. Wyglądał jakby się zastanawiał skąd właśnie przyleciał. Dziewczyna - coś z ręką. I jeszcze jeden gość z poharataną nogą. Dźwięk towarzyszący kraksie wywołuje u mnie dreszcze i nie chciałbym go już nigdy usłyszeć. Miał w sobie grozę coś przerażającego. Jako, że kilka osób pozbierało się i pognało dalej, a z pozostałych nikt nie miał telefonu, na mnie zatem spadł wątpliwy obowiązek dzwonienia po pomoc. A brzmiało to mniej więcej tak (piszę z pamięci):

- Dzień dobry, kraksa na drodze technicznej przy autostradzie, mniej więcej kilometr od wyjazdu z puszczy. Kilka osób uczestniczyło, trzy osoby potrzebują pomocy.
- Ale gdzie pan jest?
- Jestem w miejscu kraksy, na drodze technicznej, około kilometra od wyjazdu z lasu.
- Widzi pan kogoś z radiem?
- Nie.
- Nie ma nikogo, kto ma radio?
- Nie ma, proszę panią. Trzy osoby poszkodowane, żadna nie ma radia, ja nie mam radia, nikogo poza nami tu nie ma.
- Ale gdzie pan teraz jest?
- Tłumaczę pani spokojnie, że na początku odcinka wzdłuż autostrady. Mniej więcej kilometr od wyjazdu z lasu i trochę przed pierwszym szutrem. To jest na mapie. Wystarczy spojrzeć.
- Czy widzi pan karetkę?
- Nie widzę.
- A mijał pan kogoś z radiem?
- Nie wiem, proszę panią. Mijałem jakichś ludzi, ale nie mam pojęcia czy ktoś z nich miał radio.
- Widział pan po drodze karetkę?

...Chyba nie ma sensu przytaczać dalej tego durnego dialogu. Trwało to kilka minut. Karetka w końcu się wyłoniła zza zakrętu i mogłem ruszyć dalej, bo na tym moja rola się kończyła. Dyżurna nie miała pojęcia o topografii zawodów. Szczęście, że obrażenia nie wymagały naprawdę błyskawicznego ratunku. Trzeba przyznać, że trasa została dobrze zabezpieczona. Na każdej leśnej krzyżówce stała obstawa, na trasie był jeden punkt bufetowy (woda, izotoniki, na ostatnim okrążeniu - szkoda, że nie wcześniej - zaproponowano mi owoce, ale do mety kilkanaście kilometrów, więc odpuściłem). Wracając do samego przebiegu wyścigu... Pod koniec pierwszej rundy rozdzieliliśmy się z Jaśkiem. On pognał przodem, ja obstawiałem tyły. Zatem trzy rundy cisnąłem sam, co na pewno nie poprawialo moich osiągów. Piewsze pendolino wyprzedziło mnie już na końcu drugiej rundy. Kurde, moja średnia to 28 km/h (z hakiem ;). Fakt, bez rewelacji. Oni musieli gnać chyba ponad 40 km/h, bo przelecieli koło mnie naprawdę jak pociąg.  


(fot. z FB Wyścigu)

Zimno (kilka stopni), mokro z dołu, z góry - wszędzie, więc pytanie o sens tej wycieczki tłukło się po głowie co i raz, wracało jak mantra, kazało przy najbliższej okazji zjechaż z trasy i podziękować za udział. W wynikach sporo DNF-ów. No, ale jakoś tak głupio było się wycofywać, bez poważnego powodu. Żeby chociaż jakiś defekt się zdarzył... A tu nic. Udało mi się ukończyć. Zmęczony, ale szczęśliwy. Na mecie dostałem kawałek pizzy, makaron i medal. Nie znalazłem żadnej myjki w okolicy zamku, zatem oblepiony błotem ower umyłem na ryneczku w fontannie legendarnej uzbrojonej w kuszę Justyny z turem, a zasadniczo z jego łbem. Potrzeba matką wynalazków.

Wpisowe last minute do zawodów to 175 zł. W pierwszym okresie należało zapłacić bodaj 95 zł, wtedy wydaje się mnieć to większy sens i to znacznie. Pakiet startowy zawierał czapkę pod kask, bidon, siuwaks do psikania na łańcuch i kilka innych pierdółek typu wołczery zniżkowe. Nienajgorzej, wręcz nieźle, o ile ktoś zwraca uwagę na takie rzeczy. Jeśli o mnie chodzi, chyba się tymczasem wyleczyłem z udziału w wyścigach kolarskich, choć Wyścig Tomka Marczyńskiego należy do dobrych reklam tej formy rekreacji. Entuzjastów zakręcenia obcasem skusić może zacne after party na Kazimierzu.

Osobiście wolę brevety i mniejszą napinkę na bycie kolarzem zawodowym. Może na wiosnę się mnie znów zachce.Pod koniec kwietnia Piękny Wschód na Lubelszczyźnie. Może się targnę.

 

ps.

Gdyby ktoś pragnął obejrzeć sobie konkret kraksę z mety, proszę kliknąć TUTAJ, ale nie polecam.

ps. 2 

Przy okazji gratuluję Mariuszowi Czykierowi, który gnał jak dziki. I Jaśkowi, który gnał tylko odrobinę wolniej od Mariusza.