Raz do roku w Lewancie

  Suche krzaki i kamienie pod nogami; kolczaste zasieki z opuncji i temperatura, która wywołuje delikatne dreszcze - ale takie z przegrzania, nie z zimna - pod koniec trasy. Takie są, między innymi, atrakcje, związane z bieganiem na orientację w Izraelu w połowie listopada.

  Oczywiście, podstawową atrakcją przed zawodami było rozważanie, czy w ogóle się odbędą. Powód - taki sam, jak w przypadku meczu naszych piłkarzy w Jerozolimie, czyli potencjalny ostrzał ze Strefy Gazy. Chociaż, jak się wydaje, nikt z lokalesów nie rozważał tego wariantu bardzo serio. Znacznie ciekawsze były warunki atmosferyczne; w przeddzień imprezy padało, rano było dość chłodno (czyli jakieś 17 stopni o 8.00). Rysowała się możliwość pobiegania w ludzkich warunkach, ale szybko się okazało, że nic z tego.

(Najdłuższe trasy, skala 1:10 000)

  Same zawody to był jeden z etapów tutejszej ligi; w związku z tym na starcie pojawiło się dość sporo zawodników (ponad 400 osób). Teren był dobrze znany większości; lasy na wzgórzach Ben Shemen "biegane" były tu wiele razy, także na ogólnoizraelskich zawodach. Co zresztą nie dziwi; okolica idealnie nadaje się do orientacji. Trzeba tu poruszać się szybko (jest sporo terenów otwartych i półotwartych), niemniej - czujnie. Zarówno ze względu na to, co pod nogami (kamienie, suchorosty jakieś kłujące), jak i na to, co trochę wyżej. Detali od cholery; kamienie, skałki, skały, kępy krzewów, samotne drzewa, wysepki czegoś na kształt lasu. Bardzo dużo ścieżek - ale, na wszelki wypadek, coś koło połowy nie zaznaczona na mapie... Albowiem teren jest atrakcyjny nie tylko dla nawigatorów. Na Ben Shemen przyjeżdżają amatorzy MTB, motocrossu, quadów, buggy, jak również jazdy konnej w stylu country & western. Ponadto mieszkają tam beduini, wypasający kozy i owce. Drożnia może się zmieniać bardzo szybko... Osobnym problemem jest interpretacja tego, czy i jak rozmaite elementy są zaznaczane na mapie, ale to w gruncie rzeczy nic nowego. Znacznie trudniej przystosować się do temperatury; chwilę temu było GEZnO i kilka stopni na plusie oraz zimny deszcz, teraz - koło trzydziestu stopni i znikąd cienia. Życie nie pieści.

  Trasy - coś jak trochę dłuższy middle, czyli sporo PK na krótkich przelotach. Skala 1:10000 dotyczyła tylko najdłuższych kategorii (M 18, K/M 21 i M 35) - reszta ganiała na skali 1:7500 i wcale nie była to przesada. Przynajmniej dało się zauważyć, czasem, kluczowe detale. PK nie były pochowane jakoś przesadnie, co tutaj jest dość powszechną rozrywką na zawodach (w sumie, skoro latają na tych samych mapach, to jest to jakiś pomysł...). Pomiar czasu na SI, choć tutaj jeszcze chyba można sprawę ulepszyć. Pojawił się w mojej kategorii czempion, który na pierwszy PK miał czas w granicach 15 czy 20 sekund. Chwała mu za to, ale drugi zawodnik stracił na tym przelocie około minuty. Co wychwycili nie sędziowie, tylko czujni rywale (wyniki i międzyczasy pokazały się na stronie zawodów - podkreślam, na stronie, nie na fejsie czy innym tinderze - tego samego dnia) i uprzejmie donieśli na tutejszym forum. Jury zadziałało sprawnie, doliczając do czasu rekorddzisty minutę. Na czym chyba i tak wyszedł dobrze, bo na wszystkich, kolejnych, przelotach, tracił znacznie więcej, niż kilka sekund do najszybszego. No, chyba że się wypstrykał na tym pierwszym PK...

(Analiza "po". W tle namiot klubowy a w nim - na stołach - moc owoców i przekąsek. Taki tu mają zwyczaj; na lidze po bieganiu jest klubowa konsumpcja...)

  Polski kontyngent spisał się względnie dobrze; Ilona miała niespełna 20 minut przewagi nad kolejną zawodniczką. Mama (w sumie, biegająca bardziej u siebie...) tym razem przegrała ze swoją jedyną konkurentką w kategorii. Ja pobiegałem 47 minut na trasie o parametrach 5350/185 i szacowałem, że zwycięzca powinien spokojnie złamać 40 minut. Bo błędy, bo popsuta noga - o znajomości terenu nie wspominając. Jakoż i przegrałem, całe 18 sekund ze zwycięzcą. Ale są tu i szybsi zawodnicy - kilku juniorów czy zawodników elity wyglądało na ogarniających temat nieco lepiej.

  W ramach wakacyjnych wskazówek dla planujących ewentualne wycieczki do Izraela na zawody; warto wpaść, z tym, że celujemy raczej w duże imprezy (liga - a jeszcze lepiej, dwudniowe Mistrzostwa Izraela). Ciekawy, odmienny od naszego, teren. Całkiem sporo ludzi, niezłe mapy, no i - słońce w nadmiarze... Na nagrody raczej bym się nie napalał (przy okazji tych zawodów dekorowano tylko kategorie juniorskie - jako, że był to także memoriał jakiegoś młodego zawodnika); chociaż na mistrzostwach medale dają. Sam, kiedyś, załapałem się na schodki i wówczas "zagraniczność" nie była szlabanem w klasyfikacji. Samoloty niedrogie raczej (jeśli się dobrze poszuka); z pobytem już ciut gorzej (czytaj - drożej) - ale, tak to już bywa na wakacjach w ciepłych krajach. Do rozważenia.

P.S.

 Oczywiście, pozdrowienia od Mamy dla Koleżanek i Kolegów z leśnych tras :)