Pierwsza tercja za nami

  Tercja wakacyjna, rzecz jasna. Wprawdzie dla wielu osób lipiec nie różni się tak bardzo od, dajmy na to, kwietnia - temperatury podobne, odległośc od biurka do lodówki ta sama - ale załóżmy, że rzeczywiście to jest czas letnich ferii. Z naszego punktu widzenia - nie można się było nudzić, co - oczywiście - cieszy. Okazji do startów nie brakowało, więc można je jakoś pokrótce podsumować.

  W gruncie rzeczy, pod wakacyjne zmagania można było już podciągnąć ostatnią rundę Korony Mazowsza. Cykl był chyba pomyślany przez Karola Galicza i spółkę z Watahy jako ciąg dalszy mazowieckich treningów z mapą, których mieliśmy od marca po korek. Szybko jednak te treningi się rozrosły i w Koronie startowało regularnie ponad 100 osób; w finale, rzecz jasna, najwięcej. Karol z rozpędu coś zaczął wspominać o możliwym ciągu dalszym i to jest słuszna koncepcja, którą nasz aktyw popiera w całej rozciągłości i przez aklamację.

 Dwa dni później pożegnaliśmy kolejny cykl, który ruszył na wiosnę - a zakończył się latem. Zresztą, zgodnie z nazwą, bo chodzi Letnie Zawody Kontrolne PUKS-ów. Od zawodów zimowych ten cykl odróżniał się nieobecnością grilla, ale - zazwyczaj było tak gorąco i szybko, że chyba nikt nie tęsknił zanadto za kiełbaską. Przypuszczam, że znacznie większą furorę zrobiłaby lodówka z zimnym piwem... Przy zachowaniu dystansu społecznego, rzecz jasna. Tak, czy inaczej, to także były bardzo fajne i licznie odwiedzane zawody.

  W pierwszy, lipcowy, weekend, można było pobiegać w okolicach Rumi - i nawet mieliśmy tam swoich ludzi, ale obiecana relacja jeszcze nie nadeszła, więc cierpliwie czekamy. Czasy teraz takie, że opóźnienia się zdarzają - na pasek do zegarka zamiast dwóch tygodni czekałem trzy miesiące, ale w końcu przyszedł; może i relacja się pojawi.

  "Rozgrzewka" przed sezonem wielodniówek objęła także pamiętny dla uczestników start w WM Tour na Dębach Gajowego (co tam się w lesie działo, poeta nie wypowie) - i już można było ruszać w Polskę. Na początek - Puchar Wawelu, zredukowany w wersji pandemicznej z pięciu etapów do trzech. Redukcje objęły także kilka innych świadczeń (choć do niedoścignionego wzoru organizacyjnego, jaki prezentują goście od Biegu Rzeźnika, czyli: "zero usług, maksimum wpisowego", z pewnością było bardzo daleko) - ale było całkiem przyjemnie. Na plus na pewno trzeba zapisać ciekawe trasy w fajnym terenie, jak również spokój, opanowanie i bezproblemową obsługę czasowo/startową przez Harpera. A do tego fantastyczne fotografie Manuela Uribe z trzeciego dnia; co jedna to gotowy plakat propagandowy, zachęcający do uprawiania orientacji. Kto jeszcze nie oglądał, niech koniecznie to nadrobi:

 Chwilę po Wawelu odbył się - przeniesiony z czerwca - Puchar Najmłodszych. Tam, niestety, nas nie było - ale ścigały się ponad dwie setki dzieci z całej Polski, co na pewno cieszy (że udało się ich tyle ściągnąć mimo awaryjnego terminu). No i wreszcie minione sobota i niedziela, czyli mazowickie czempionaty w nocnym i sprincie. Jeden bieg szybszy od drugiego - te dziesiątki pandemicznych treningów na Mazowszu poskutkowały chyba tym, że lokalesi biegają w takim terenie naprawdę żwawo. Nocą do tego dochodzi możliwość podczepienia się pod kogoś ciut lepszego (start masowy), więc sytuacja w lesie przedstawiała się jak reportaż z zajezdni w szczycie komunikacyjnym. Za to w dzień, podczas sprintu, Ludo Parfianowicz strzelił taką, piękną, fotografię:

 To też w sam raz na reklamę... Nawiasem mówiąc, podczas tych Mistrzostw Mazowsza można było zaobserwować ciekawe zjawisko. Otóż - w pierwszym komunikacie przed zawodami, jako Kierownik Zawodów figurował Janek Bednarski. W komunikacie technicznym Bedi awansował już na Dyrektora Zawodów - przy czym menedżował wydarzeniem z oddali, bowiem w tym samym czasie ścigał się (jak prawie cała kadra i wielu innych polskich zawodników) w Rumcajsovych Milach w Czechach. I to nam pokazało dwie rzeczy; po pierwsze, że praca zdalna sprawdza się także w przypadku organizacji zawodów na orientację, po drugie - że nasi zawodnicy są chyba w niezłej formie. Dla jasności - w męskiej elicie wygrał Bartek Pawlak przed Michałem Olejnikiem (a ścigali się z czeską i estońską kadrą + Oleksandr Kratow z Ukrainy, czyli kilkukrotnny medalista MŚ, na dodatek); w M 35 wygrał Wojtek Dwojak, nasi na podium jeszcze w kilku kategoriach a tuż za tym podium - panie z damskiej elity (Hanna Wiśniewska, Agata Olejnik).

 Za kilka dni Warszawska Mila, czyli kolejna, przeniesiona z poprzedniego terminu, impreza - ale i następna, której te przenosiny chyba na frekwencję za bardzo nie zaszkodziły. W ten sposób rozpoczniemy drugą, wakacyjną tercję startów. Oby było równie fajnie, jak dotychczas!