Cudze chwalicie...

... bo nie był to mój debiut w rajdach, ale takich kajaków, jak na DyMnIe, to żem jeszcze nie doświadczył. Na zawody organizowane przez Andrzeja Krochmala i Leszka Hermana-Iżyckiego (oraz wielu bardzo innych zacnych ludzi) z definicji warto się wybierać, bo są fajne. Zwłaszcza, jak ktoś nie brzydzi dotykać mapy zanadto. Tym razem nie było inaczej; umiejętności nawigacyjne przydawały się i na piechotę i na rowerze - a zwłaszcza na kajakach właśnie!



W skrócie rzecz ujmując - Nieporęt to nie jest miejscówka dorównująca sławą - dajmy na to - Jurze czy Beskidom, ale jak się chce, to z okolicznych pól, lasów i rzek można sporo wykrzesać. Najwyraźniej orgom się chciało, bo mimo niezbyt imponujących przewyższeń średnie na kilometr zwycięzców wszystkich tras (pieszych, rowerowych i tzw. ekstremalnej) nie rzucały na kolana. Czyli - zbyt łatwo nie było. Ale za to jakże miło; mistrzowski był przepak w skansenie w Kuligowie (w programie: pamięciówka, bigos, grochówka, woda, banany, cukierki, goście walczący na szable, kowal wykuwający coś, prelekcja w sali konferencyjnej i w tym wszystkim zawodnicy ganiający na wspomnianą pamięciówkę). No i te kajaki; obrazki jak z filmów przyrodniczych z krajów tropikalnych. Morza trzcin, zarośla, krzewy i drzewa - stojące w wodzie jak mangrowce, lekko, bardziej i jeszcze głebiej pozalewane pastwiska - i to wszystko na mapach ze zdjęć satelitarnych. Bomba sezonu; 7 kilometrów pływaliśmy/brodziliśmyz Kiełbaską 2,5 godziny. Po zakończeniu tej przygody uslyszeliśmy od organizatorów: "Ooo, wy już? Myśleliśmy, że jeszcze dłużej wam zejdzie...".


Na rowerze trzcin było mniej, piachu za to znacznie więcej. Za to - bez względu na odcinek - komarów uganiały się za zawodnikami roje. Były to chwile, kiedy się załuje, że nie urodziło się ośmiornicą. A tak - należało wybierać - strącać kożuch insektów z twarzy, nóg czy raczej z karku. Takie to przyjemności. Ale warto samemu spróbować; choćby dla świetnej pomidorówki na mecie. Polecam!