Jeszcze o DyMnIe - opowieść i fotorelacja

Ledwo się człowiek obejrzał, a już DyMnO tegoroczne obrosło w historię. Są i wyniki na stronie, są pełne emocji opinie, jest wreszcie kącik wspominek, że się tak wyrażę, długometrażowych. No i ilustracje do tego w pełnym wyborze.


Jeśli chodzi o rajdowe memuary, to nadesłał nam dzisiaj swoją wersję wydarzeń Rafał Adametz z Navigatorii. Jak ktoś był, to może porównać. Jak nie - wyobrazić sobie, jak te zawody wyglądały. A potem zerknie szybciutko na stronę Silnego Studia - i porówna wyobrażenia z rzeczywistością...


Oto anonsowana relacja pod znamiennym tytułem:


Dymno 2010 - czyli w pustyni i w puszczy


Start w Jurze niestety musiałem porzucić, więc należało sobie jakoś odbić tę stratę – padło na Rajd DyMnO. Razem z Krzyśkiem zapisaliśmy, się rzecz jasna na trasę ekstremalną. Ostatni nasz wspólny start (MPAR 2009), gdzie udało się wskoczyć na podium, wzbudził w nas apetyt by podobny sukcesik powtórzyć tym razem i również w Nieporęcie, znaleźć się w czołówce. Stało się jednak inaczej. Rajd będę wspominał jako lekcje pokory- ukończyliśmy trasę 30 min przed limitem...


Pospało by się dłużej, ale start o godzinie 7.00 nie pozwolił zbyt długo leniuchować. Z przed Urzędu Gminy (w centrum Nieporętu) ruszamy w gronie 10 zespołów na pierwszy etap trasy ekstremalnej – 15 km BnO. Tempo jest mocne, ale na to byliśmy nastawieni. Na przedzie biegnie Team 3600 (Igor i Michał). W rękach dzierżymy po dwie mapy, w rożnych skalach, część punktów na jednej część na drugiej, z początku byłem trochę zamieszany i polegałem na Krzyśku, wkrótce jednak mój umysł ogarnął ten stan rzeczy i dalej nawigowaliśmy już razem. Teren mimo braku znaczących przewyższeń przywitał nas ciekawie – dużo błota, gęstych lasów, a z drugiej strony wystawione na słońce (które tego dnia grzało do temperatury 270 C) otwarte przestrzenie. Już Po 3 punktach zauważyłem, że pierwsza trójka czyli „Team 3600”, „Sherpas-Raidlight Napieraj” i my oddaliliśmy się nieco od reszty stawki. W tej kolejności wpadamy również na metę tego etapu, czyli do bazy.


Zabieramy plecaki, Krzysiek zmienia buty i wsiadamy na rowery. Etap zbudowany w sposób następujący - Optymalny dystans 50 km, na jednym końcu baza na drugim przepak w Kuligowie. Należało wybrać, które punkty chce się zebrać jadąc w stronę Kuligowa, resztę można było odnaleźć dopiero w drodze powrotnej (czyli po etapie kajakowym i kolejnym rowerowym). Oczywiście można też było zebrać wszystko i dopiero wtedy przyjechać na przepak – takie rozwiązanie wybrali koledzy z Teamu 3600, co chyba zaskoczyło organizatorów, ale ostatecznie okazało się mądrym posunięciem zwycięskiego zespołu. Tylko Krzysiek zabrał mapnik rowerowy – zdecydował się też przekazać go mnie – nie popisałem się niestety, wrócił dawny zły nawyk, który jak myślałem udało mi się zwalczyć, czyli obniżenie koncentracji w miarę zbliżania się do punktu, a być powinno chyba na odwrót?! Jak mawiał Arystoteles - potrzebna jest harmonia rozumu i uczuć – jakże trudno to osiągnąć...


Nie bez większych problemów zebraliśmy 4 z 7 punktów i po otrzymaniu laminowanych map (zdjęcia satelitarne terenu) na przepaku - urokliwy skansen w Kuligowie, ruszyliśmy na kajak.


„Nie wiem” – to główne hasło tego etapu w naszym zespole... Naprawdę nie mieliśmy pomysłu jak się do tego zabrać, gdzie jest ta odnoga rzeki, a gdzie tamta. Rozlana woda nie dawała szans na prostą (jak to zazwyczaj bywa na kajakach) nawigację. Zamiast szukać odniesienia w ukształtowaniu terenu, błądziliśmy licząc chyba na szczęśliwy traf...


Jednak w pamięci pozostanie mi z tego etapu jeszcze jedno – przyroda. Gdy wpływaliśmy między zalane drzewa, wśród nieprzebranej ilości owadów, połamanych gałęzi i rożnych innych przeszkód, scenerie przypominały popularny program z Discovery - „Szkoła przetrwania”, spytałem nawet Krzyśka czy na pewno nie ma tu aligatorów, a o połykaniu owadów to już nie wspomnę... Gdy w końcu udało nam się znaleźć pierwszy punkt, zaczęło się lepiej układać, ale nie trwało to długo – kolejne błędy w interpretacji zalanych terenów, pozbawiły nas szans na szybkie ukończenie etapu, a co za tym idzie rajdu. Dużą część odcinka kajakowego pokonywaliśmy pieszo (prawie wpław) i w konsekwencji etap teoretycznie 7 kilometrowy męczyliśmy prawie 5 godzin...


Będąc już w końcówce stawki wracamy do skansenu w Kuligowie – czas na zadanie specjalne. Na ścianie jednej z chat wisiała plansza ze zdjęciami miejsc w skansenie, na których znajdowały się mini lampiony. Należało zapamiętać owe miejsca i właściwie podbić 8 punktów (lampionów w skansenie było około 20), zadanie zajęło nam chyba 9 min. Najszybsi (Sherpas Raidteam ) wykonali tę „pamieciówkę” w 7 min, co zostało nagrodzone, przez pomysłodawcę i twórcę zadania, bardzo stylową i praktyczną, drewnianą łychą.


Wyruszamy na kolejny 35 kilometrowy etap rowerowy. Punkty kontrolne, tak jak na wszystkich odcinkach rowerowych były zaznaczone dużymi okręgami na mapie 1:50000, natomiast szczegółowo na wycinkach w mniejszej skali umieszczonych obok mapy. Tutaj nawigacyjnie nie było już z nami tak tragicznie. Starliśmy się nie przejmować niepowodzeniami i mocno napierać. Pod koniec (w naszym wariancie, ponieważ etap był scorelaufem) musieliśmy pokonać odcinek specjalny – wyznaczona (znów na zdjęciu satelitarnym) trasa na której znajdowały się 3 punkty. Niestety najwidoczniej w pewnym momencie zjechaliśmy z właściwej drogi i zebraliśmy tylko jeden punkt. Za dwa brakujące czekała nas kara – 40min. Tutaj również okoliczności przyrody były dość niezwykłe. Kawałek odcinka specjalnego przebiegał po terenie wydmy- przez chwilę otoczeni piaskiem czuliśmy się trochę jak nie u siebie, jednak stałym i niezmiennym elementem rajdu, również w tym pustynnym obszarze, były komary. Każde zatrzymanie skutkowało staniem się lądowiskiem dla masy gryzących owadów (obecnie na jednym udzie posiadam 15 ugryzień).
Powrót do Kuligowa – czas na pozostałą część etapu 2 czyli 3 punkty rowerowe. Pierwszy osiągamy bez przeszkód, drugi umieszczony przy jeziorku (jak można wywnioskować, buty przez cały okres rajdu były przemoczone- co się oczywiście chwali bo to dobrze świadczy o trasie rajdu), też osiągamy spokojnie. Żeby jednak nie łamać konwencji porażek, ostatni punkt na skraju terenu wojskowego też kosztował nas stanowczo za dużo czasu. Wybraliśmy w pewnym momencie niewłaściwy wariant na obejście zalanego obszaru (z perspektywy czasu nie mogę zrozumieć czemu!), co skończyło się przedzieraniem przez kolczaste zarośla i inne atrakcje.


Jest już ciemno, gdy wracamy do bazy. Otrzymujemy mapy na ostatni etap – 10 km BnO. Pod względem nawigacyjny chyba najprostszy (co w przypadku Rajdu DyMnO nie oznacza, że banalny). Pokonujemy go spokojnym tempem, ponieważ Krzyśka dopadły jakieś problemy żołądkowe. Nie obeszło się bez jednego (co by tradycji stało się zadość) poważniejszego błędu.


Meta – szkoła w Nieporęcie. Zostajemy przywitani przez organizatora, nasz czas i dodatkowe kary są wpisywane w tabele. Co należy pochwalić - natychmiast dowiadujemy się, które zajęliśmy miejsce. Otrzymujemy również pamiątkowe certyfikaty i zaproszenie na pyszną (niestety już chłodną) zupę pomidorową. Czas na odpoczynek.


Cieszymy się że udało się ukończyć trasę, że znów przeżyliśmy przygodę – w końcu po to startujemy! Pozostaje nam uderzyć się w pierś, przeanalizować błędy i wyciągnąć wnioski, by ten nieudany w aspekcie rywalizacji start, stał się źródłem doświadczenia i lekcją na przyszłość. Gratulujemy zwycięzcom i chylimy czoła przed ich nawigacyjnymi zdolnościami. Lada dzień Navigatoria wyrusza na Rajd 3600 w Jeleniej Górze. Obiecujemy walczyć, z większym nastawieniem na – myśleć!


Rafał Adametz


Aha - pochwalić się jeszcze zapomnieliśmy, bo na jednej imprezie udało się nam zarówno wygrać, zająć drugie jak i szóste miejsce! Taka ci to siła narodu w barwach 360º startowała. Detale w wiadomej rubryczce.

Komentarze

83.3.37.206

Miła relacja. Gratulacje za walkę, zwłaszcza w amazońskich namorzynach Bugu... Laughing. Etap Kajakowy przejdzie (nie waham się użyć słowa "przejdzie" Cool, zamiast "przepłynie") do rajdowej legendy.

Słowa tyż uznania dla Igora B. (Nie używam pełnego nazwiska, bo to człek podejrzany o magiczne praktyki). Trzy miesiące bez treningu, a tu proszę bardzo - napieranko aż miło. Tylko strach się bać, co będzie gdy na serio kolega pośficzy  Wink