Kajakowa klątwa

"Adventure było, z race trochę gorzej" - skwitowała ukraiński występ naszego mieleckiego duetu Magda. Nie udało się powtórzyć zeszłorocznego sukcesu, kiedy to Flekmusy wygrały Tovtry Raid. Tym razem nie udało się dojść do mety - czyli, nazywając rzeczy po imieniu, nastąpiło rzucenie ręcznikiem. Przystępujemy zatem do czynności wyjaśniających (mundialowi kibice zapewne znają standardowy zestaw odpowiedzi: nie trafiliśmy z formą, sędzia nie pomagał, rywale zaskoczyli taktyką, oraz - specjalność naszych kopaczy, czyli pozamundialowa - nie wiemy, co się stało). Ale to nie piłka nożna, więc wymówki będą zupełnie inne.


Otóż problemem okazały się... kajaki. Na około 200 kilometrów rajdu było tego niespełna 70 kilometrów. Flekmus twierdzi: "Trochę się sfrajerowaliśmy, bo trzeba było jednak zabrać swój. Ale musielibyśmy kupić, wieźć to tam - także kłopot i liczyliśmy na to, że organizatorzy zapewnią taki sprzęt, na jakim pływali tamtejsi zawodnicy. Ale się przeliczyliśmy...". Magda: "Wyglądało to tak, że jak którekolwiek z nas przestawało machać wiosłem, to kajak stawał. Nawet Flekmus sam nie dawał rady go ruszyć. Mijali nas goście tak wiosłujący, że - z całym szacunkiem... Dostaliśmy potem takiej desperackiej głupawki i próbowaliśmy wiosłować tak, jak oni - czyli każdy w swoją stronę i własnym rytmem. Taka akrobacja na bicepsy. Ale, oczywiście, efekt żaden".


Po dwóch etapach kajakowych i jednym treku nasi zdecydowali się przerwać orkę. Nie załapali się zatem na rowery, które ponoć odbywały się w najlepszym, karpackim stylu - na piechotę w błocie. Do tego, jak się okazało, i tak nie byliby klasyfikowani..."Na treku był przelot obowiązkowy, w takim pięknym wąwozie" - to znowu Magda. "Przed startem zakonotowaliśmy, że są tam do podbicia trzy punkty. I albo coś źle zrozumieliśmy, albo nie wiem, co - numeracja się zmieniła - w każdym razie, już po zawodach, powiedzieli nam, że było ich tam do podbicia pięć. Szło nam w sumie dobrze - skończyliśmy kajaki (pierwszy etap) jako ostatni, z dużą stratą. Po treku wyszliśmy na drugie, żeby po drugich kajakach (były w sumie cztery) znowu się spotkać z ostatnimi... Turystycznie to nam się ten wyjazd podobał, ale sportowo raczej nie bardzo wyszło" - zakończyła Magda.


I teraz czas na rozliczenia; jak kto trzymał kciuki? Czas wyciągać szybko wnioski, bo następne zawody niebawem.