Tyle, co w tytule, to można pokrótce napisać o zawodach w okolicach Gorzowa. Takie generalne wrażenie, dotyczące lokalizacji, jest następujące - ładnie tam i w ogóle. Miejscówka na bazę syta, okolica malownicza, trasa wporzo i organizacja też fajowska. Kto nie przyjechał - to może nadrobi za rok, bo się Łasuch (Del Kiero tima orgów) odgrażał, że może to jeszcze nie koniec, jeśli chodzi o tę lokalizację. No, zobaczymy - ale polecamy już teraz.
Co do naszych występków.. to może najpierw się pochwalimy.
To znaczy - może nie my tak całkiem wszyscy, ale Sabina z Marcinem spisywali się chwacko. Po spokojnym początku (po rolkach byli na 10-11 pozycji) w trakcie treku wyszli nawet na drugie miejsce! (cały czas mowa o klasyfikacji łącznej - miksów i męskich teamów). Fakt, że potem troszkę Sabina musiała odpocząć. Wybrała zresztą nie najlepiej, bo etap kajakowy obfitował:
a) w wiosłowanie
b) w przenoski, co akurat lepiej robić we dwójkę. W końcówce zaś strzeliło ogumienie (w rowerze, w rowerze) a zapasówka, oczywiście, miała ciut za duży wentylek. No i tak te minuty uciekły... Ale ogólnie było milutko - Marcin, jak nie on, nie narzekał na mecie na partnerkę. Ta zaś zwierzyła się, że nienawidziła go tylko przez ostatnie pięć kilometrów - kiedy jechała na kapciu i nie bardzo czuła moralne wsparcie. Pudło w miksach jednak wywalczyli i wielka chałwa za to. Tym bardziej, że Sabina to w rajdach trochę jak z tytułu pewnej superanckiej grupy młodzieżowej sprzed lat; bolesny debiut, zakończony urwaniem strasznie niefajnym wszystkiego w barku, zaliczyła w ubiegłym sezonie. Potem był jeszcze start w Gliwicach (z Małżonkiem, który w Gorzowie dokazywał na trasie Amator) - no i teraz w końcu coś optymistycznego i w poważniejszym formacie. Czyli prawie debiut - udany, więc gratulacje !!!
W zasadzie relację z zawodów można by na tym zamknąć; come-back Bi-bojsów trudno uznać za sportowe wydarzenie sezonu. Pierwszy cios został wymierzony już na odprawie, kiedy to atrakcyjna nad wyraz dziewczyna zapytała mnie o coś, używając formuły: "proszę Pana". Potem popsuli nam szyki organiztorzy; zamieniliśmy przepaki i już się wydawało, że spokojnie będzie można się wycofać, kiedy dojedziemy i się okaże, że nie mamy właściwych rzeczy - ale wredne orgi wykryły spisek.
Potem bardzo starał się Jerry, markując tylko podbicie jednego z PK na scorelaufie. Ale pękł psychicznie, przyznał się do błędu i pobiegliśmy - volens nolens - na ten punkt jeszcze raz. W sumie było dość miło, bo za nami uformował się kilkuzespołowy komitet towarzyszący. Niektórzy byli z nami prawie do końca...
No, ale gwóźdź, czy też kolec programu, nastąpił później. Na krótkim dość i szybkim odcinku rowerowym dwukrotnie penetrowaliśmy moją oponę. Za pierwszym razem było niemal zawodowo: "Guma, stajemy!" "Dobra!" "Dawaj łyżkę!" "Jest!". "Pompka!" "K...a, musiała gdzieś polecieć w tych krzakach...." No i - znowu niefart, bo użyczył nam swojej Maciek Moskwa, który kilka minut potem przejechał wraz z Ingą obok nas. To już kolejna bezinteresowna zagrywka Maćka w ciągu miesiąca; pewnie sobie myśli, że tak bezkarnie. Otóż nie. Za karę ma wpisowe na nasze następne zawody z głowy - i jak się teraz wykręcisz, robaczku?...
Wracając do kolca - sprawca przebitki został w końcu wydobyty z gumy (znowu bez skojarzeń), ale w tym czasie czołówka już dawno odpaliła rolki, zaś przed nami jechali już zawodnicy, którzy na pewno nie przyjechali do Gorzowa walczyć o pudło. Raczej czekaliśmy na autobus z napisem "koniec wyścigu".
Potem już tylko Borat wygrał konkurs na największą dziurę w biodrze (rolki) i można było spokojnie polec na treku. Po którym z godnością odpaliliśmy do bazy, uznając, że będzie tego. "Wielka rozpacz" - odparł Jerry na pytanie jednej z organizatorek, pytających o powody rzucenia ręcznika. Nic bardziej trafnego nie przychodzi mi do głowy.
Aha - trzy kleszcze znalazłem. Kto da więcej?







