Siedzę ja w oczekiwaniu i napięciu dużym, bo będą się kręcić kolarze po Warszawie tuż koło domostwa mojego, aż tu do skrzynki mojej imejlowej trafia list elektroniczny od Olka Jasika. A w liście tym traktat krótki o wizycie Tour de Pologne w Stalinogrodzie, jak je zwano niegdyś, a teraz Katopsyche może bardziej znana nazwa obowiązuje. Poczytajcie zresztą sami...
Kolarstwo szosowe takie kolorowe i piękne w TV. Ostatnimi czasy zrozumiałem, dlaczego jak wyjadę na swoim aluminiokarbonowym rumaku
na jakąś bardziej ruchliwą drogę to, co rusz to słyszę klakson taki jakiś nerwowy, rzadziej przyjazny. Kto na bike'u śmiga, doskonale to zna…
Tour de Pologne do naszego miasta zawita. Już dawno o tym pięknym sporcie w tym mieście zapomniano, a działo się tu niegdyś, w temacie bicykli wiele. Bo to na ten przykład kilka klubów było, co to młodociani mogli sobie czas zagospodarować kręceniem korbami przypinając nogi do pedałów. Dziś nierzadko młodociani to w parku lub na osiedlowych
skwerkach łapki do flaszki poprzypinane mają. Ale nie o wychowaniu w trzeźwości młodzieży miało być, więc postaram się wrócić do
tematu wiodącego.
Mianowicie Tour de Pologne zostało delikatnie mówiąc poKatowane w Katowicach. Brak rozgłosu reklamy, czegokolwiek by mieszczaczanin mógł się dowiedzieć wracając z roboty, że w naszym mieście wielki sport zawita, że ścigać się będą wielcy kolarze. Niestety dowie się o wyścigu z radia, że na popołudniową zmianę się spóźni, bo przez miasto nie ma szans przejechać, a informacja ta dotrze do niego w dniu startu.
Zapytawszy przechodnia na ulicy w Katowicach czy wie? Czy przyjdzie z rodziną popatrzyć na żywo? Przechodzień odpowiada – „znów k… miasto sparaliżowane będzie.”
I już zrozumiałem, skąd tyle agresji w tych klaksonach – no, bo wszystko przez cyklistów.
Olek Jasik
(zarówno tekst jak i foto)







