Výborny závod !!!

Ale fajna impreza! Długa, za to szybka trasa, ciekawy teren i do tego rewelacyjne zadania specjalne. Zawody, na których od napiętej buły bardziej liczyły się chyba umiejętności techniczne. Do tego świetna pogoda i opór browaru na mecie - to chyba przepis na rajd idealny?...

Od jakichś dwóch lat się przymierzałem, żeby na CZAR pojechać - tym bardziej, że w tzw. środowisku krążyły mrożące krew w żyłach opowieści, jak tam strasznie niebezpiecznie. I - trochę przypadkiem - udało się wystartować; tym razem w charakterze najemnika w czeskim teamie OpavaNet/Tilak/Merida.

To, oczywiście, czyniło przygodę jeszcze ciekawszą, bo poza napierką zafundowano mi błyskawiczny kurs czeskiego. Ale miało być o zawodach; dystans dość okazały, bo organizatorzy wyliczyli go pono na 495 km. Przewyższenia nie podano, ale nie przypominam sobie, żeby gdziekolwiek było płasko dłużej, niż na odcinku 500 metrów - poza tym non-stop w górę i w dół. Wysoczyzna Morawska i Kraj Środkowoczeski to nie są Himalaje; skakało się tam z wysokości ok. 300 m.n.p.m. na 500-600 i z powrotem. Tyle, że cały czas.

No i zestaw dyscyplin: w odróżnieniu od polskich zawodów, gdzie zazwyczaj są długaśne i nudne treki oraz rowery - zaś konkurencje techniczne (kajak, rolki) traktowane są symbolicznie - tu było trochę na odwrót. To znaczy - rower był syty, bo prawie 300 km na dwóch odcinkach to całkiem sporo. Tyle, że w większości po asfaltach. Podobnie jak etapy inline/trek, czyli takie, które można było machnąć z buta - ale znacznie szybciej było na rolkach. Pod warunkiem, że się umie na nich jeździć w górach. Te odcinki miały ponad 120 km; do tego 60 km kajaka po rzece usianej jazami i rapidami, wreszcie zadania specjalne. Czempionom treku zostawało na błyśnięcie ledwie 25-30 kilometrów. Czyli proporcje zgoła odmienne od polskich.

Właśnie dlatego było fajnie - bo inaczej. Spore wrażenie robiły rolkowe odcinki, tym bardziej, że jechało się je w sporej części nocą. Niby asfalt równy, ale jakoś tak... uciekał czasem szybko. Rewelacyjna sekwencja zadań specjalnych na pierwszym odcinku rowerowym - upchnięto tam wspinaczkę, kanioning, pływanie, podejścia i zejścia na drabinkach, zjazd, wreszcie zestaw podchodzenie-przepinka-zjazd ze skały. Na kajaku - znowu wspinaczka; przygotowanych chyba z dziewięć dróg, zespół miał do pokonania siedem. I wreszcie na ostatnim rowerze, etap opisany jako "bno+mtbo+pływanie". Chodzio o to, że na mapie do orientacji zaznaczono 10 PK do zaliczenia. Można było w ich okolice podjechać na rowerze, można było na piechotę. Ale już samo podbijanie wiązało się z pływaniem - bo były to zalane wodą stare kamieniołomy. Punkty stały (wisiały) zazwyczaj pod ścianą przeciwległą do wejścia...

Tyle suchych faktów, czas na impresje ze startu.

Z moich kolegów z zespołu dobrze kojarzyłem tylko Marka Navrátila. Kapitanował teamowi, który nas rok temu sklepał o minutkę na Bergsonie. Poza tym startował w Polsce wiele razy. I gdzie indziej też.

Aleš Dytrt także już bywał w Polsce, ale z nim tak traumatyczne wspomnienia się nie wiązały. Zaś Michaela Mikasková nie mogła dać się zapamiętać, bo start w CZAR był jej debiutem. Niezbyt wczesnym, dodajmy, bo w tym roku kończy - podobnie, jak Marek - 39 lat. Aleš ma o 5 lat więcej - czyli jak się człowiek uwinie, to nawet w moim wieku może być najmłodszy w zespole.


(Miśka, Aldo i Marek na prezentacji zespołu. Ostatni element dojeżdża samochodem. Foto ze strony organizatora)

Na rozmowy o wspólnych znajomych nie było wiele czasu - tradycyjnie wpadłem na ostatnią chwilę, więc pozostało tylko wykreślić trasy, oraz, niestety, spróbować jazdy na skike. Panowie wymyślili bowiem, że skoro będzie taki długi rolko-trek, to pewnie i sporo odcinków nie do ujechania dla zwykłych rolek - ale na których te skajki pociągną. Jakoż i rzeczywiście, na szutrze dawały radę. Dlaczego więc niestety? O tem potem.

Ściganie zaczęło się od biegania. Prolog był bardzo podobny do wszystkich prologów świata - jakieś 10 km po miasteczku i okolicy - ale i tu były atrakcje. W ramach tego odcinka wbiegało się na zamek, górujący nad Ledčem. Tam zaś odpalaliśmy kolejną mapę, o skali niewiadomej. Ale takiej raczej niezbyt dużej, bo dwa kroki w terenie to było jakies 5 cm mapy.Tamże, poza pochowanymi przemyślnie punktami, był jeszcze mały zjazd na linie. Michaela od rana chodziła jakaś nieswoja; myślałem, że obawia się samego startu (500 km to taki bardziej śmiały debiucik), ale tu chodziło właśnie o liny. Gdy zbliżyliśmy sie do sznurków, oczy naszej koleżanki zrobiły się wielkie i okrągłe - jak dziesięciokoronówki. Szczęśliwie, było tuż po starcie, pośpiech, brak czasu na refleksje, szurrr - i już była na dole.

Rowery (czyli etap drugi) szalenie przyjemne; ruch przy punktach był zresztą jeszcze spory, bo różnice po bieganiu niewielkie. Ale w połowie rowerów wypadał wspomniany wcześniej secik linowo-wodny... W sumie prawie do końca szło dobrze. Ja miałem drobne problemy z pływaniem, bo pomykałem w turystycznych spd-kach, ważących - na sucho - dobrze ponad kilogram. W wodzie sprawowały się niczym miska z betonem, przytwierdzona do nóg nieposłusznemu mafii pechowcowi. No, ale jakoś się udawało - aż do skały, gdzie miało następować wychodzenie i przepinka. Michaela startowała jako trzecia; wcześniej, na dole, kilka razy przećwiczyliśmy całą akcję. Oczy tym razem zbliżyły się nominałem do dwudziestu koron - ale w końcu odpaliła w górę.

Do połowy szło w miarę - to znaczy, tej połowy pod górę. W trakcie przepinki nasza koleżanka przywarła jednak do skały niczym jakowyś małż i za skarby świata nie dawała się namówić, żeby ją puścić. Skracając - wygladało to tak, że po namowach z góry i z dołu (nie dały nic) Marek zjechał do Miśki na linie i jakoś ją odseparował od kamienia. Całość operacji trwała godzinę; dodam, że obsługa zadania nie wydawała się zajściem poruszona. Poniekąd słusznie - zawodniczka spaść nie mogła, bo była wpięta w linę (czy nawet dwie), do góry raczej też nie miała szansy polecieć. A reszta - to już zmartwienie zawodnika, który wszak podpisywał wcześniej papierek, że wie, co go czeka i bierze to na klatę. Czyli - jak na Ukrainie - traktują takie deklaracje poważnie. Jeden z sędziów zresztą na moment zainteresował się zajściem; zerknął w górę, oszacował fachowo sytuację i wydał wyrok: "Je to psychicky blok".

Kiedy Michaela dotarła do ziemi, przez moment się bałem, że właśnie skończyliśmy zawody - ale, na szczęście, pojechaliśmy dalej. Druga część rowerów to między innymi przejazd obowiązkowy wzdłuż potoku - czy raczej w poprzek, bo przekraczaliśmy go ze 20 razy. Za to grzyby rosły tam takie, że żaden zbieracz by nam nie uwierzył.

Po rowerze zaczynały się rolki i tu mogłem się przekonać, że:

a) skike fajnie hamuje

b) za to po płaskim i pod górę idzie, w porównaniu z rolkami, masakrycznie wolno - jakby jeździć na nartach do skoków i ścigać się z biegówkami

c) Michaela i Aldo (biathlonista, nawiasem mówiąc) nawet na takich heblach ogarniają bez kłopotu

Związana z tym zresztą była historia dramatyczna; oto na podjeździe, dosyć długim, Aleš pojechał swoim tempem i zniknął nam z oczu. Po jakimś czasie z tyłu nadciągnęła ekipa Code 34 - i także pojechała szybciej, co mnie nieco zasmuciło. Czas jakiś minął i Aldo już jechał w naszą stronę (wariant był w tę i z powrotem). Poinformował, że wprawdzie stał na punkcie sędzia, ale pozwolił mu jechać, bo z oddali widoczne były już światła reszty zespołu. Rzecz w tym, że był to zespół Code 34... Koledzy mieli do nas potem (spotkaliśmy się punkt dalej) pretensje (słuszne zresztą), ale trudno nam było się oprzeć przyjęciu prezentu od pana sędziego. Notabene - w połowie tego podjazdu stał sobie przystanek autobusowy. Budka nieduża, ale jak ją mijaliśmy, to kotłowało się tam chyba ze czterech zawodników, oczekujących na kolegów z zespołu. Z czego wnoszę, że sędziowie na tych zawodach nie tylko podczas zadań wspinaczkowych prezentują światowy luz.

Po roleczkach, z rzadka porzucanych dla butów, przyszedł czas na kajak. Było tego także sporo, ale płynęło się przyjemnnie. Nurt silny, rzeka szeroka, słońce... A żeby nie zasnąć, co kilka kilometrów wypadały jazy. Część do przepłynięcia - nawet względnie na sucho; część nie bardzo. Czyli przenoski. Dodatkowa atrakcja polegała zaś na tym, że większość PK stała w niejakim oddaleniu od brzegu. Ujmując rzecz ściślej - pierwsze trzy punkty podbijałem solo, biegając po okolicznych górach. Dzięki temu oszczędziłem sobie jakieś 15 km na kajaku, za to tyle samo dołożyłem na piechotę. Potem też trzeba było wysiadać - także po to, by zaliczyć wspinaczkę.

Tu reguły były proste: trzy osoby mają do zaliczenia po dwie drogi, jedna może wspinać się raz. Każda droga musi być inna (a nie były to ścieżki trójkowe ani nawet czwórkowe...), za niewykon kara w postaci machnięcia rzeki wpław tam i z powrotem. Ponieważ AR to sport zespołowy - karę odbywa cały team. A jeśli skucha nastąpi na przykład trzy razy - to rzekę (jak było wyżej - dość szeroka, silny nurt, zimna do tego) trzeba forsować trzykrotnie. No i tacy Estończycy na przykład pływali cztery razy...

Po kajaku ponownie rolki, znowu sporo asfaltów. Tyle, że już się tak fajnie nie hamowało - o czym się przekonałem, dwa razy pikując na łeb do rowu. Coś ściągało mi prawą nartorolkę na zewnątrz, czyli właśnie w stronę pobocza. Remedium okazało się założenie prawej rolki na lewą nogę i odwrotnie - najwyraźniej kółka się nieco starły.

Po drugiej nocy, która tradycyjnie upłynęła pod znakiem halucynacji, nastąpił dzień i ostatni - mierzący około 200 km etap rowerowy. Tu najfajniejsze było na początku, czyli ta orientacja z pływaniem. Jak chyba wszyscy, jadąc tam, wierzyliśmy mocno w zapewnienia orgów z odprawy, że prawie wszędzie da się dojść na sucho. Dlatego punkt, gdzie się to zaczynało - kamień w środku stawu - zostawiliśmy sobie na koniec, żeby nie marznąć na mokro przez cały odcinek. Ten fragment pokonywało się w dowolnej kolejności - więc było można. Nie było można natomiast delegować do pływania jednego desperata, bowiem na tę okazję każdy został na przepaku zaopatrzony w przymocowaną na stałe do nadgarstka kartę startową...

Dumni z siebie, że tak chytrze to wymyśliliśmy, podjechaliśmy na drugi punkt. Tam już był inny zespół; niestety, w negliżu. Nie, żeby widok był aż tak odstręczający - po prostu do punktu TRZEBA BYŁO dopłynąć. Położony w cieniu kamieniołom, godzina - może ósma rano... Za gorąco to tam nie było. I tak, panie sędzio, jeszcze z sześć razy. Zastanawialiśmy się, jak bardzo musieli kombinować liderzy, którzy byli tu pięć - sześć godzin wcześniej, czyli w nocy. Chociaż wtedy przynajmniej temperatura wody i powietrza się wyrównywała; do jakichś 10 stopni Celsjusza.

Puentą całego odcinka był ów punkt na środku stawu; jak się okazało, można było do niego dojść, zanurzając się najwyżej do uda. No, ale grunt, że zostawiliśmy go sobie na koniec...

Reszta rowerów to odcinki malownicze, acz dość szybkie w większości. Tu doceniłem czeskie patenty na zmęczenie; takie fajne fiolki z czymś paskudnym, co stawia na nogi, jak się przysypia. Nie wiem, jaki to miało skład - ale do pobudzenia wystarczał sam smak, cokolwiek wyszukany. Fajne były też nazwy specyfików; jedne zwie się, jakże adekwatnie, "Speed", drugi zaś - "Brutus".

Końcówkę (czyli ostatnie 60-70 km) pojechaliśmy dość szybko. Raz, że meta już była blisko, dwa, że Miśka przestała w końcu tak mocno zaciskać hamulce na zjazdach. A może już się wytarły? Tak, czy inaczej - po 63 godzinach dokulaliśmy się do mety. Wynik może nie rzucał na kolana, ale biorąc pod uwagę fakt, że z nie tak wielką w sumie stratą do zwycięzców zawody ukończyła debiutantka - to ja tam nie narzekam wcale. Szacun dla Michaeli, szacun dla silnego jak sto koni Aldo i dla Marka, który to wszystko poukładał i napierał mocno takoż. W razie czego, piszę się na powtórkę. I polecam spragnionym fajnej napierki.


(Meta. Szkoda, że już...)

P.S.

Aha - byłbym zapomniał o zakończeniu. Oczywiście, były gratulacje, nagrody, fajne dyplomy (pocztówka z fotką teama z mety) i tak dalej. Ale to tylko, jak się domyślacie, wstęp. Potem odpalono beczki z piwem i rywalizacja była kontynuowana. Tym razem ścigano się w sztafetach - cztery osoby, każda ma do wypicia piwo; jedne po drugim. No i zwycięża najszybsza czwórka.

Tym razem sędzowie przykładali się naprawdę mocno - a i tak były protesty. Uwzględniane ochoczo, był to bowiem wyśmienity pretekst, żeby rywalizację powtarzać. W pewnym momencie zrobiło mi się jednak smutno, bo Petr Bloudek zapytał mnie znienacka: "Igore, a kde tu je polsky tym?" No właśnie... Czego, jak czego, ale sztafet za rok nie możemy odpuścić.

Komentarze

188.147.0.186

Mnie się tam podobało kibicowanie. To co mógłbym skrytykować, to przekaz na żywo. Fajnie rozwiązana kwestia tabeli z wynikami z punktów, lecz zbyt wielu uaktualnień opisowych nie było wcale... Ale wycieczka fajna i nowa ksywka Igora też.