Autorska relacja medalisty mistrzostw świata !!!

Pamiętacie jeszcze, moi mili, jakeśmy się ekscytowali doniesieniami z dalekiej Australii? Podczas wszechświatowych sportowych zmagań ludzi dojrzałych kibicowaliśmy Robertowi i Piotrowi, którzy reprezentowali Polskę.

Dziś, w pierwszym dniu szczęśliwego eurokołchoźnictwa, nuta narodowa wydaje się odrobinę przebrzmiała - ale i tak warto poczytać i pooglądać, jak to tam naprawdę było. Poniżej własnoręcznie napisana relacja dwukrotnego medalisty mistrzostw świata weteranów w biegu na orientację - czyli Piotrka Czajkowskiego. Nie muszę chyba zaznaczać, że rarytas? Zapraszam do lektury oraz analizy map z czempiońskimi przebiegami...

WMG Sydney 2009

World Masters Games jest największą imprezą sportową na świecie. W tym roku brało w niej udział ponad 28 tysięcy zawodników z całego świata starujących w 28 dyscyplinach. Polska społeczność orientalistyczna była reprezentowana w Sydney przez Piotra Czajkowskiego (M45), Piotra Ładę (M55) i Roberta Krzaka (M45 - 10km, półmaraton i przełaje).

Sobota 10/10/2009 Sprint – Eliminacje

W większości kategorii wiekowych należało zająć w eliminacjach miejsce w pierwszej połówce sklasyfikowanych, aby zapewnić sobie miejsce w biegu finałowym. Najważniejsze było więc, aby przebiec trasę spokojnie i bez większych błędów.

Eliminacje były rozgrywane na terenie Macquire University w Sydney, obszarze typowym dla kampusow uniwersyteckich: budynki, wąskie przejścia, aleje, trawniki, schody, parkingi itp. Bieg w takim terenie jest tylko pozornie łatwiejszy od tego w lesie lub parku. Wiele punktów kontrolnych było pochowanych pod schodami lub w klatkach schodowych, tak więc nawet stojąc 5 metrów od punktu można było go nie zauważyć. Technicznie bieg miałem bez zarzutu, niezbyt szybko, ale i bez błędów. Pojawiły się jednak inne problemy; zaledwie kilka minut po starcie zaczęły mnie obcierać buty, i to te w których dwa miesiące wcześniej przebiegłem maraton! Na domiar złego pośliznąłem się na śliskich po deszczu kafelkach i rozbiłem kolano. Nic dziwnego, że trzykilometrowa trasa dłużyła się niemiłosiernie. W sumie w eliminacjach zająłem niezłe, czwarte miejsce, ale z dosyć dużą stratą.

Niedziela 11/10/2009 Sprint Finał

Terminarz zawodów dobrze się ułożył, bo tego samego dnia ja i Robert mieliśmy biegi w tym samym miejscu, czyli w obrębie kompleksu olimpijskiego w Sydney.

Robert startował o siódmej rano w biegu na 10km i spisał się doskonale, zajmując szóste miejsce z czasem 35:37. Na pierwszy rzut oka wynik nie zwala z nóg (przypominam - kategoria M45 ! - IB), ale trzeba pamiętać że Robert startował 3 tygodnie wcześniej w berlińskim maratonie (2:47) a w tygodniu startu zaliczył wycieczkę na Tasmanię, gdzie wczołgiwał się (dosłownie) na zaśnieżone szczyty. Do tego dochodzi podróż samochodem z Melbourne do Sydney i zmęczenie spowodowane brakiem snu.

W finale biegu na orientację kolejność startu zawodników była odwrotna do kolejności po eliminacjach, a więc startowałem czwarty od końca. Postanowiłem nie robić rozgrzewki mając nadzieję, że adrenalina złagodzi moje kontuzje. I tak właśnie było, ani przez chwilę nie czułem bólu w nogach, a przynajmniej nie od kontuzji. Niestety, już na pierwszym - i to łatwym - punkcie, straciłem 10 sekund i wiedziałem, że złota już nie będzie. Trudno, trzeba walczyć teraz o srebro. Zwolniłem i starałem się nie zrobić już ani jednej sekundy błędu. Całkowicie się to nie udało, więc na dłuższych przebiegach dawałem z siebie wszystko, prawie nie kontolowałem mapy i przestałem sprawdzać kody. Wóz, albo przewóz.

W początkowej części trasy najkrótsza droga do kilku punktów kontrolnych wiodła przez kwietniki zaznaczone na mapie kolorem oliwkowym. Punkt był dosłownie na wyciągnięcie ręki, ale trzeba było za każdym razem dokładać kilkadziesiąt metrów. „Skracanie” trasy grozi dyskwalifikacją!

Przez całą trasę oglądałem się czy goniący mnie Francuz jest już gdzieś blisko. Na szczęście nie widziałem go ani razu, a za to zbliżałem się do startującego przede mną Brytyjczyka. Wiedziałem, że sytuacja rozwija się dobrze. Meta była usytuowana na małym stadionie (zbudowanym specjalnie do zawodów w rąbaniu drzewa), przypominającym starożytny teatr. Z ulgą dobiegłem do mety, z najlepszym, jak dotychczas, wynikiem i zaczęło się oczekiwanie na pozostałych zawodników. Francuz przybiegł razem z Niemcem półtorej minuty po mnie, a chwilę potem Szwajcar. Ogólnie - trzecie miejsce! (A goniący mnie Francuz został później zdyskwalifikowany za... skracanie trasy!)

Wtorek 13/10/2009 Bieg na przełaj 8km

Podczas, gdy ja odpoczywałem przed eliminacjami w długim dystansie, Robert wystartował w przełajach. Zawody rozgrywane były w Paramatta Park, ok. 20 km od centrum Sydney. Pogoda była okropna: gorąco i silny wiatr. Zawodnicy mieli do pokonania 8km (3 pętle) po trawie. Robert znów spisał się świetnie, zajmując tym razem piąte miejsce! Facet jest naprawdę mocny!

Prosto z Paramatty pojechaliśmy na następne kilka dni do Katoomby w Blue Mountains. Właśnie w tym regionie odbywały się zawody na długim dystanie.

Środa 14/10/2009 Eliminacje nr 1

Podobnie jak w sprincie, do biegu finałowego kwalifikowała się pierwsza połówka zwodników z dwóch biegów eliminacyjnych. Uznałem, że miejsce w pierwszej trzydziestce można osiągnąć małym nakładem sił, więc nie ma sensu biegać mocno przez dwa dni tylko po to, by w finale startować pod koniec stawki. Lepiej przez dwa dni przetruchtać całą trasę i w finale nie martwić się o goniących mnie rywali.

Teren zawodów w Blue Mountains przypominał mi okolice Drezna – stroma dolina z obrzymimi skałami z piaskowca. Sam bieg to właściwie bez historii, bez wysiłku i bez błędów. Jedyny plus to to, że się upewniłem, że dłuższych przebiegach po stromym, kamienistym zboczu opłaca się zbiec na dno doliny i zaatakować punkt od dołu. Tego dnia uzyskałem dziesiąty czas, a i tak chciałem być trochę niżej w klasyfikacji.

Czwartek 15/10/2009 Eliminacje nr 2

Te zawody odbywały się na terenie przylegającym do terenu przewidzianego na finał. Dobrze więc trzeba wykorzytać ten czas i zrobić sobie sprawdzian generalny przed finałem. Przy wolnym bieganiu wszystko okazuje się łatwe i proste, ale wystarczyła chwila dekoncentracji i robię błąd na 2 minuty. Gdy dobiegam do punktu z przeciwnej strony, widzę Niemca (zwycięzcę ze sprintu), który startował za mną 6 minut. Głupia sprawa, bo jest oczywiste, że zrobiłem błąd. Widzę, że niestety on też sobie truchta bez wysiłku, ale i tak jakoś szybciej ode mnie a na dodatek nie robi błędów. Łącznie po dwóch dniach zająłem jedenaste miejsce i najważniejsze jest to, że żaden z czołowych zawodników ze sprintu nie startuje koło mnie.

Piątek 16/10/2009 Odpoczynek

Każdego dnia po zawodach razem z Robertem chodziliśmy na wycieczki po Górach Błękitnych, ale na ten dzień zaplanowaliśmy wyjazd do Jenolan Caves, olbrzymiego zespołu jaskiń niedaleko od Lithgow. Na miejscu dostajemy kaski, lampy i ubrania. Wraz z Robertem towarzyszy nam dwóch przewodników, co jest lekką przesadą. Jest co prawda krótki zjazd na linie, ale reszta to łatwizna. Niemniej jednak cała wycieczka była udana.

Sobota 16/10/2009  Finał biegu długodystansowego

Pogoda słoneczna, ciepło – idealne warunki do biegu, ale na rozgrzewce nogi się nie chcą kręcić. Na starcie pierwszy rzut oka na mapę i od razu skojarzenie z Jicinem. Głębokie doliny a na szczytach skały. Cała trudność polega na tym, by znaleźć odpowiednie przejście w skałach.

Znowu początek daleki od ideału; od razu 30 sekund błędu na pierwszym punkcie. Wiem, że jestem trochę za blisko, ale brakuje pewności siebie. Tyle tych kamieni i nie wiadomo, za którym jest punkt. W końcu jest! Co za ulga, jeszce nie wszystko stracone. Zabieram się za odrabianie strat. Na przebiegach na drugi i trzeci punkt mam najlepsze międzyczasy. (Później, już na mecie, Szwajcar nie mógł zrozumieć, jak mógł tam do mnie stracić aż 2 minuty). Ten chwilowy sprint drogo mnie kosztował. Na przebiegu na 5 i 6 punkt zupełnie tracę siły i popełniam błąd na najłatwiejszej części trasy! Już zawczasu planuję przebieg na ósmy punkt. Gdybym się czuł lepiej biegowo, wybrałbym bezpieczny wariant z lewej strony. Zauważyłem, jednak wąskie przejście w skałach w wariancie na wprost i tak też zdecydowałem. Po biegu okazało się, że zarówno Szwajcar jak i Niemiec mieli trochę gorsze czasy, pomimo mojego błędu tuż przy samym punkcie.

Pod koniec trasy rzęziłem tak jak Szarapowa, albo i sam Przemek Mossakowski. Miało to i dobre strony, bo wszyscy ustępowali mi drogi w skałach i przy punktach. Udało mi się utrzymać jako takie tempo aż do mety, ale ledwo trzymałem się na nogach. Jak dotychczas miałem najlepszy czas, ale chwilę później przykra niespodzianka. Szwed, który startował 2 minuty za mną, miał czas tylko 10 sekund gorszy! A na czwartym punkcie od końca wygrywał ze mną minutę. Może cała czołowa dziesiątka zawodników tak się kamuflowała przed finałem? Chyba tak musiało być, bo różnice czasowe były mniejsze, niż w sprincie.

Stałem na mecie przez 20 minut i odliczałem zawodników. Na szczęście wszyscy są trochę wolniejsi ode mnie. Spiker ogłasza, że Szwajcar jest już na przedostanim punkcie. Ale pech, przegram z nim kilka sekund. Jego rekord życiowy w maratonie to 2:16, a i teraz biega 2:33. Patrzę, jak podbija ostatni punkt i jak biegnie do mety. Ale i jego ten bieg kosztował sporo sił, bo widzę, że rusza się jak mucha w smole. Dobieg do mety zajął mi 8 sekund, a jemu 10. O sekundę za wolno! Właśnie o tyle z nim wygrywam. Tyko Niemiec miał tego dnia lepszy czas ode mnie i to zaledwie o 42 sekundy. Tak niewiele brakowało do złota, ale i tak jestem zadowolony z wyniku. Naprawdę miałem dużo szczęścia, bo wystarczyło by 11 sekund błędów i byłbym poza trójką.

Niedziela 17/10/2009  Półmaraton

Dla mnie zawody się skończyły, ale Robert ma jeszcze półmaraton. Wracamy z powrotem na stadion olimpijski w Sydney i niestety widzimy tych samych zawodników, którzy wygrali z Robertem na 10km. Robert nie pęka i biegnie swoim tempem. Na metę przybiega jako czwarty z czasem 1:19:06. Pewnie w maratonie miałby medal, ale - niestety - nie ma tego dystansu w programie.

W sumie impreza była świetna i godna polecenia. Szkoda, że tak mało osób przyjechało z Polski co kontrastowało z ilością Ruskich, Czechów i innych „demoludów”.

Tyle Piotrek od siebie; do obejrzenia jeszcze mapy z zawodów (załącznik poniżej).

ZałącznikWielkość
WMG_Sydney_Mapy.pdf2.28 MB

Komentarze