Nieśmiertelnicy

Na wstępie chciałbym podziękować niezawodnemu Igorowi, który sarkastycznie zajawiał wydarzenia podczas rowerowo-pieszej (ale nie mieszanej) zabawy pt. Mordownik. Odbyła się w ostatnią sobotę w Myślenicach, a właściwie w rejonie między tym miastem a Mszaną Dolną. Kilka zdań o moich odczuciach, z punktu widzenia kogoś, kto ma głębszą wiedzę teoretyczną niż praktyczną.

W rajdy bawię się od lat wielu. Z dumą moge przyznać, że od ubiegłego wieku. Wtedy bowiem Igor właśnie namówił mnie na start w jednym z salomonów - bodaj tym bieszczadzkim. Wykruszyłem się jednak i przekonałem się do startu po kilku latach sprawozdawania zawodów mniej i bardziej poważnych z najróżniejszych zakątków świata. Potem się wyleczyłem z rajdów za sprawą niesprawnych kolan i zająłem (czy raczej współzająłem) się organizacją przedsięwzięć na najróżniejszym stopniu zaawansowania, łącznie z tym, że za kilka miesięcy odbędą się mistrzostwa Europy, a takiej rangi w rajdach jeszcze nie było. To właśnie był jeden z argumentów, który ułatwił mi zadanie podjęcia decyzji o starcie. Uległem namowom Chomika, choć w skrytości kląłem na niego na co sztywniejszych i dłuższych podjazdach. Nie przygotowałem się do tak długiego wysiłku. Udało się pokonać trasę i nie przynieść zbytniego wstydu. Chociaż czułem, że mocy to ja w nogach nie mam. A mieć powinienem, bo tak.

Dariusz Urbanowicz, Michał Szypliński i Artur Moroń na mecie Mordownika 2012.

 

Psioczyliśmy też pod nosem, niezby głośno na orgów, którzy puścili zawody na liczącej 32-lata mapie. Te same psy wieszaliśmy na sobie, bo zapewne większa wprawa i doświadczenie w nawigowaniu równałoby się możliwości zwiększenia tempa. A przydałoby się, bo strata do Maćka Pońca i Piotrka Pilaka (2 godziny, 38 minut) zakrawa na określone wnioski. Po prawdzie obaj to dobrze rokujący juniorzy, ale bułę mają straszną. Gratuluję im z tego miejsca. Mimo wszystko zajęliśmy dziesiąte miejsce na 35 osób zgłoszonych (27 wystartowało, w tym pięć kobiet). Do mety dotarliśmy po 11 godz. i 20 minutach. Od startu do mety współpracowaliśmy z Chomikiem. Przez większość trasy jechał z nami także Artur Moroń, który również miał swój wkład w tempo jazdy i skuteczność nawigacyjną.

Obiecywaliśmy sobie, że jedziemy tam tylko jeśli będzie sucho. Nie chcieliśmy mielić błota. Padało obficie cały dzień w czwartek, w piątek przeschło nieznacznie tylko. Pierwsze kilometry spędziliśmy w lesie katując podjazdy i nie mając zbyt wiele czasu na odpoczynek podczas zjazdów. Mój skręcony kilka tygodniu temu nadgarstek odbierał mi większość frajdy związanej ze zjazdami. Pedałowanie pod górę utrudniało kamole, które co i raz delikatnie wytrącały nas z równowagi, a to z kolei oznaczało konieczność wdrapywania się po kamienistych piarżyskach. W drugiej części przeważały asfalty, więc przeloty stały się szybsze i kilometry nawijaliśmy błyskiem... W sumie nawinęliśmy ich 126,7 z deniwelacją 2,5 tys. metrów.

Po przyjeździe i szybkiej konfrontacji z organizatorami zakręciła mi się łezka w oku. Pamiętam jak kilka lat temu również wyskoczyliśmy z pomysłem zrobienia lepszych rajdów od innych. Wydaje mi się, chłopaki są na podobnej drodze jak my. Inny format, bo Mordownik nie jest rajdem przygodowym. To wyścigi orientacyjne. Z takim też zadęciem projektowana była trasa. Punkty w większości nie miały nic wspólnego z lokalnymi atrakcjami turystycznymi. No oprócz może obserwatorium na Lubomirze (najwyższy punkt na trasie), skała Diabelski Kamień, Grzyb w Zegartowicach oraz Zamek w Dobczycach. Ciekawostką dla nas było użycie zdjęć z google maps jako opisów szczegółowych punktów. Za to brawa. Dziwną formą dla mnie był brak wspólnego startu, uroczystego odliczania. Czegoś co robi atmosferę. Po rozdaniu map, każdy sam ruszał i tyle. A może nie na każdych zawodach musi być taki klimat? Wieczorem w okolicznej knajpce czekała na nas ciepła micha. Na trasie dwa punkty żywieniowe z wodą, bananami i pysznymi ciastkami z marmoladą. Medale - fajna zajawka. Każdy kto dotarł do mety z kompletem punktów kontrolnych na karcie i do tego w normie czasu otrzymywał medal pamiątkowy i dożywotni tytuł Immortala ;).

Wyczerpującą analizę wrażeń własnych oraz trasy napisał Chomik na własnym blogu rowerowym: eurower.pl. Zachęcam do lektury. Są tam również zdjęcia, profil trasy oraz mapa.