30 lat minęło...

  Rzadko wyskakuję tu z prywatą, ale tym razem taki mały jubileusz - więc sobie pozwolę, a co.

 2. czerwca 1984 roku był dość upalny. Po drodze na Górę Świętej Anny obsiadaliśmy czereśnie; można było dojrzałe owoce rąbać prosto z drzewa. Więc nikt się specjalnie nie krępował... Spacer nie był specjalnie długi - to był, zdaje się, Rajd Szkolny - czyli taka wycieczka po turystycznych szlakach, na dystansie góra kilkunastu kilometrów, która miała metę właśnie na Annabergu - w amfiteatrze.

  Tyle, że tym razem była jeszcze dodatkowa atrakcja; na mecie Rajdu rozgrywany był bieg na orientację. Zawody - tu też nie pamiętam na 100%, ale tak na 90% - to były Rocznicowe Szczepu Sokół, który zresztą organizował i sam Rajd. Co było o tyle oczywiste, że kadra Szczepu w większości chodziła do naszej podstawówki (SP 22 w Gliwicach), albo i nauczała tamże (jak szczepowa, czyli Aśka Januszewska).

 No, ale ad rem - uczestnictwo w zawodach nie było obowiązkowe, z tym, że wówczas pękanie na robocie było bardzo źle widziane. Więc startowali prawie wszyscy. Ci bardziej doświadczeni - solo, ci początkujący - w zespołach dwu- i trzyosobowych. Trafiłem do trójki - z "Janiem" Kawalcem i Piotrkiem "Niewysokim" Małyską. A może to był Marek Jasiński?...

(w sieci da sie wygrzebać i takie cuda, jak fotka z tamtych zawodów...)

 Za to doskonale pamiętam mapę. Ach, te mapy z tamtych lat! Czarno-białe, a ściślej rzecz biorąc - w różnych odcieniach rozmazanego fioletu. Odbijane na powielaczach denaturatowych (jak ulotki), bardzo umiarkowanie czytelne, dokładne - jak wyżej. Zerkałem z nabożnym podziwem, jak "duzi" zawodnicy wybierali na tej mapie do zaliczenia wsadzone w środek niczego punkty gdzieś w głębokim lesie... Jak coś takiego znaleźć? No, ale to był scorelauf (pod nazwą: "Orientuj się i licz!"), więc ci ciut bieglejsi w nawigacji gnali po "droższe" PK, wzgardzając tymi przy ścieżkach.

 Pamiętam też, gdzie stał pierwszy, znaleziony przez nas PK. Na rogu takiej wielgachnej wiaty, tuż koło startu; przebiegliśmy jakieś 50 metrów, po czym dojrzałem lampion, stanąłem jak wryty i wrzasnąłem na całe gardło: "Jest !!!". Taki drobiazg, a tyle radochy... Wiata, całkiem niedawno jeszcze, stała tam nadal.

  Zajęliśmy - w kategorii początkujących - drugie miejsce. Zawdzięczaliśmy je brawurowemu atakowi na PK, usytuowanemu gdzieś, na rogu pola. Trzeba było kawałek ciąć na kierunek i prawie nikt się na taki manewr nie zdecydował. A wygrał z nami - nieznacznie - duet złożony z koleżanki w naszym wieku i starszego o dobre pięć lat harcerza. Była to jawna niesprawiedliwośc, bowiem dla niego to nie był żaden debiut - no, ale co zrobić. Potem ów harcerz został szefem fanklubu Maanamu i menedżerem Johna Portera.

  A ja dalej biegam po krzakach. I tak przez trzydzieści lat.