Debiut' 2014...

  I jeszcze jedna historyjka, taka tytułem podsumowań za 2014 rok. Obok zdobycia mistrzostwa świata przez siatkarzy, Michała Kwiatkowskiego i Państwową Komisję Wyborczą, tej jesieni ucieszyła nas niezwykle jeszcze jedna rzecz - mianowicie pierwszy Rajd Miejski 360° w Warszawie! Przymierzaliśmy się długo, dzięki wydatnemu wsparciu kolegów z AZS Środowisko Warszawa - w końcu się udało.

 Poniższy tekst dedykujemy zaś tym, którzy - czy to podczas zawodów w Warszawie,czy to w ogóle w 2014 roku - zaliczyli na rajdowych bądź okołorajdowych trasach swój debiut. Ciekawe, na ile Wasze przemyślenia są zbieżne z doświadczeniami Magdy?...

Mój pierwszy w życiu Rajd Miejski. Wspomnienia bardzo osobiste.

 ORGANIZATOR namawiał nas do uczestnictwa w Rajdzie Miejskim już od dawna. Trochę nam zabrakło argumentów, szczególnie po przeniesieniu terminu z września na listopad. Zgłosiłam nas (czyli mnie i mojego kochanego męża) na listę. Potem, w nagłym przypływie odwagi wpłaciłam wpisowe żeby mieć dodatkowy argument w razie gdybyśmy zaczęli się łamać i mieli chęć zrezygnować.

Dzień pierwszy

Oto Wielki Dzień pierwszy. Rejestrujemy się w biurze zawodów. ORGANIZATOR w świetnym humorze. Matko Boska, co my tu robimy? Wszyscy się znają, witają, żartują, jakieś profesjonalne ubiory. Starzy wyjadacze …. Na sali gimnastycznej na odprawie technicznej jeszcze gorzej: nie wiadomo o co spytać by nie wykazać się całkowitą ignorancją. Ludzie żartują z ORGANIZATOREM, pytają czy punkty są otwarte cały czas (o co chodzi?). Zawiłości regulaminu zawodów nie rozpatrują, widocznie wszyscy wszystko wiedzą.

Jakiś młody człowiek spokojnie spożywający na sali gimnastycznej śniadanie, zagadnięty przez nas w kwestii zawodów udziela nam paru wskazówek. W szczególności twierdzi, że w ogóle nie opłaca się spóźnić na metę bo się dostaje karne minuty. Rada była dobra, ale dla maksymalistów: jak się okazało młody człowiek zajął 3. miejsce w swojej kategorii, więc od początku zamierzał nie tylko zaliczyć wszystkie punkty, ale jeszcze zrobić to w jak najkrótszym czasie. Jak dla takich nowicjuszy jak my, lepiej by było trochę się spóźnić, ale zaliczyć choć jeden punkt więcej. Ale to oczywiście okazało się na koniec dnia. Ale miły młody człowiek pocieszył nas bardzo oświadczając, że nie ma co się stresować bo taki rajd to świetna zabawa !

Start do części sobotniej jest na Uniwersytecie Warszawskim. Zawezwani do wczesnego stawiennictwa zawodnicy pojawiają się na miejscu startu pół godziny przed czasem i wszyscy solidarnie marzną. No, niektórzy zawodnicy nawet marzną bardziej: to śmiałkowie w krótkich spodenkach . Brrrr ! Dostajemy nadajnik GPS. Czyżby ORGANIZATOR bał się, że takie żółtodzioby jak my niechybnie się zagubią w miejskim gąszczu i postanowił nas „dyskretnie” śledzić?

Na dobry początek dostajemy zadanie logiczne, którego rozwiązanie uprawnia do odebrania map z trasą zawodów. Na sygnał startu zawodnicy rzucają się na organizatorów i wydzierają im zadanie (wszyscy mają takie same). Oglądam trójkąciki, dodaję i odejmuję cyferki i nic mi się nie składa. Nagle mój małżonek krzyczy „brakuje szóstki!".  Ohoho ! Wskaźnik inteligencji mojego męża trzeba podnieść przynajmniej o 5 punktów ! Dostajemy nasze mapy i zaczynamy naszą przygodę!

Zaliczamy pierwsze punkty; czujemy się świetnie i podejmujemy brzemienną w skutki decyzję o wyprawie na drugą stronę Wisły do sklepu rowerowego. Sklep rowerowy przy Waszyngtona? Sklep myśliwski to owszem, ale rowerowy? Po dojściu na miejsce okazuje się, że sklep to owszem był, ale kiedyś. Jest za to poczta, którą miałam nieprzyjemność kiedyś odwiedzić: z listem poleconym: duże kolejki i niemiła obsługa (czyli standard). Jest też punkt z zadaniem specjalnym ( dętka do napompowania). Kolega małżonek świetnie sobie radzi i już za chwile pomykamy z powrotem na drugą stronę Wisły. Tak nawiasem mówiąc, znajomość terenu jest nieco złudna. Człowiekowi się wydaje, że jak wie gdzie punkt z mapy jest w terenie, to jest on (ten punkt) jakby bliżej i szybciej się do niego dotrze. To złudna prawda, punkty są tam gdzie są niezależnie od tego czy znamy teren czy nie. A na wyprawę w dobrze nam znane okolice Saskiej Kępy straciliśmy sporo czasu i sił…

 Dobiegamy do Portu Czerniakowskiego. Zauważam najpierw ogromne zielone wrota śluzy (nawet nie widziałam że tu jest śluza, ale to przecież logiczne). Ciekawe, że jak się ogląda Port Czerniakowski z wysokości mostu i z samochodu to tej śluzy w ogóle nie widać ? W porcie nad wodą, oprócz obsługi punktu (dranie są strasznie zadowoleni na widok min zawodników, którzy się dowiadują, że muszą przepłynąć wpław na dętce na drugą stronę), zauważam rybaka. Nie wiem czy bardzo dużo złowił ryb, chyba raczej nie, wziąwszy pod uwagę zamieszanie które robiliśmy. Nawet jeżeli połów był marny, to na pewno jednak się nie nudził, oglądając osoby miotające się wzdłuż wody w różnym stadium roznegliżowania, w butach lub bez, z wielką dętką lub z ubrankami pod pachą. Musiał mieć ów anonimowy rybak niezły ubaw !

Po niezbyt przemyślanej wyprawie na drugą stronę Wisły na pewno już nie zdążymy do punktu 8 i 3, więc zmierzamy do punktu 15. Przedostajemy się na druga stronę Wisłostrady tunelem i dalej przez park Rydza-Śmigłego (doprawdy, nie wiedziałam, że mamy taki park w Warszawie?) w stronę placu Trzech Krzyży. Ciekawe, że nigdy tędy nie szłam ! Jestem bardzo ciekawa dokąd nas wyprowadzą schody – okazuje się, ze wprost pod pomnik Witosa.

Punkt nr 15 to jest skwerek przy ulicy Wspólnej. Czy uwierzylibyśmy przed zawodami, że ORGANIZATOR wyznaczy punkt dokładnie tam gdzie mieszkał Tomaszek jak był mały? I gdzie zresztą wpadł na rowerku pod motocykl co się skończyło wstrząsem mózgu i złamaną ręką. Biegniemy ulicą Poznańską, a Tomek pokazuje mi jakiś zabity deskami lokal w zrujnowanym budynku (w samym centrum miasta!) i mówi: a tutaj był fryzjer. Zaglądamy przez bramę na podwórko: a tutaj się bawiłem z chłopakami…

Ale nie udaje nam się odnaleźć punktu, więc dzwonimy z oburzeniem do ORGANIZATORA: okazuje się, że punkt był, ale ruchomy i oddalił się w sobie wiadomym kierunku…. Nic to, lecimy do 14. Tzn. ja już ledwo idę, a kolega małżonek, wybiegany wieczornymi spacerkami z naszym Brusem, porusza się żwawo i bez wysiłku. Idziemy ulicą Krzywickiego: po lewej stronie Instytut Maszyn Matematycznych: tutaj wiele lat pracowała moja mama. Nie wiadomo dlaczego właśnie teraz sobie przypominam jaką atrakcją była dla mnie wyprawa do mamy do pracy. I wszyscy chodzili w białych fartuchach, jak lekarze, chociaż pracowali przy maszynach liczących (tak to się wtedy nazywało). A po prawej są Filtry. I znowu wspomnienie: tata Tomka kiedyś tutaj wkradł się w łaski strażników i odrysowywał wzory okuć na drzwiach i takie same zamówił u kowala do okiennic do domku letniskowego. Ciekawe, że tyle razy tutaj przejeżdżałam samochodem a nie myślałam o tym; a teraz, jak wlokę się ostatkiem sił za moim mężem, takie mgnienia wspomnień przelatują mi przez głowę.

Zaliczamy punkt 14 i zawracamy w kierunku mety. Coraz bardziej bolą mnie nogi. Coś tam bąkam, że chyba nie dam rady, ale mój nieoceniony małżonek mnie uspokaja: Madziu, dasz radę, to wszystko jest w głowie, a nie w nogach! No cóż. Chyba z moją głową też jest nie w porządku, bo nogi mnie bolą coraz bardziej. Docieramy do punktu numer 5 w hotelu. Tomaszek zostaje przez mnie wypchnięty „na ochotnika” do zwiedzania 30 piętra , a ja wraz z innymi zawodnikami oczekującymi na swoich partnerów okupuję krzesełko i zjadam pyszne prince-polo. Ta chwila wytchnienia pozwala mi nieco zregenerować siły; za to mój współzawodnik wyraźnie z sił opada. W związku z tym na kolejnym punkcie u studentów w AZS to ja jestem wyznaczona do wiosłowania. Chwilę dyskutuję z młodym człowiekiem usiłując go przekonać, że starsi powinni mieć mniejszy dystans do przewiosłowania. Biedny dobrze ułożony student (pewnie jestem w wieku jego mamy) próbuje grzecznie mi odmówić skrócenia dystansu; w końcu daję mu spokój, przestaję go dręczyć i zasiadam do wiosłowania. Okazuje się, że nie jest to strasznie męczliwe. Ale co się nagadałam, to moje !

Przy okazji zauważam dziwną właściwość czasoprzestrzeni: im dłużej trwają zawody tym bardziej punkty oddalają się od nas, a za to czas płynie dużo szybciej….

Na Kubusia Puchatka jest najfajniejszy punkt: dziewczyny są bardzo miłe, a temat quizu bardzo słodki i krzepiący. No i łatwo go zaliczyć.

Następny punkt. Opis: Pałac Blanka. Przynajmniej nie ma wątpliwości gdzie się ten punkt znajduje. Zwłaszcza, że kiedyś pracowałam w tym budynku. Wprawdzie to było w czasach, kiedy zamiast Ratusza na Placu Teatralnym była Nike, no, ale Pałacu raczej nie zburzyli. Od razu też myślę o Krzysztofie Kamilu Baczyńskim, który zginął tutaj w pierwszych dniach Powstania Warszawskiego. Zawsze się zastanawiałam, w którym to oknie na piętrze dosięgła go kula.

Tak więc punkt jest w spodziewanym miejscu i dostajemy quiz do rozwiązania. Pierwsze pytanie o rekord w lotach narciarskich: wahamy się pomiędzy Małyszem i Fijasem, ale w końcu obstawiamy (słusznie) Fijasa. Następne pytanie o najstarszy sport olimpijski: typujemy siatkówkę, bo piłka ręczna i wodna wydają nam się z lekka odjechanymi dyscyplinami (niesłusznie: najstarsza była chyba jednak piłka wodna, no kto by pomyślał ?). Piłkarza Burzawę bez żalu przydzielamy do Hutnika (w ogóle nie znam tego dzielnego piłkarza: moja wiedza skończyła się w okolicach Deyny, Gadochy, Lubańskiego i Bońka, a zaczęła się z powrotem w okolicach Lewandowskiego i Błaszczykowskiego). Zdaje się zresztą, że niesłusznie wysłaliśmy pana Burzawę do Krakowa, bo grał w Pniewach. Jeśli chodzi o siedmiobój kobiet, to jestem pewna, że dziewczyny nie biegają na 1500 tylko na 800 metrów (to ostatnia konkurencja). Podchwytliwe pytanie na temat krykieta z całą pewnością zawdzięczamy ORGANIZATOROWI, znanemu miłośnikowi i komentatorowi krykieta. Ja w ogóle nie mam pojęcia na czym ta gra polega, krykiet mi się nieodparcie kojarzy z krokietem; kolega małżonek bierze na siebie ciężar decyzji i obstawia 6 piłek do wykorzystania . Koniec końców udaje nam się zaliczyć to zadanie. Uznajemy, ze punkty 11 i 1 są poza naszym zasięgiem (czasowym i zmęczeniowym) i biegniemy do mety.

Na mecie posilamy się pysznym żarciem i siedząc cichutko na schodach przysłuchujemy się komentarzom innych zespołów. Wygląda na to, że zaliczenie wszystkich punktów na trasie pieszej to raczej norma niż przypadek. Aj ! A my z powodu błędów w strategii (to wersja oficjalna), a przede wszystkim z powodu mojego braku sił (to wersja bliższa prawdzie) opuściliśmy aż 5 punktów. Dramat ! Ale i tak nic nie jest nam w stanie zepsuć humoru tego dnia: było fajnie, daliśmy z siebie wszystko, odwiedziliśmy w naszym mieście miejsca znane i nieznane i zaczynamy odczuwać pewną (nieśmiałą) wspólnotę z innymi rajdowiczami.

Dzień drugi.

Po nieco bezsennej nocy (strawionej na analizowaniu trasy z etapu pieszego) zgłaszamy się rano do biura zawodów. Dostaję numery na rowery i patrzę co robią z nimi inni zawodnicy: aha, trzeba dziurkaczem zrobić w każdym numerze duuużo dziurek i pobrać agrafki bądź samozaciskające opaski do przymocowania oznaczeń do rowerów. Git. Dostajemy mapy (a raczej znowu wyrywamy je organizatorom). Ja swoją mapę chowam beztrosko do plecaczka mojego NAWIGATORA. Główny ORGANIZATOR udziela ostatnich porad i startujemy (koniecznie entuzjastycznie i z uśmiechem – w końcu są fotoreporterzy! ). Jest git. Wszyscy ruszają razem w jedną stronę: ściganci pędzą z przodu, reszta w różnym tempie podąża za czołem peletonu. Jedziemy spokojnie z tyłu. Na pierwszym zakręcie lekka konsternacja: część narodu rusza na wprost przed siebie przez lasek pełen przeszkód, część skręca w lewo, część (o dziwo? ) zawraca. Odwracam się do mojego NAWIGATORA: Tomaszku, którędy jedziemy? I uzyskuję niewiarygodną odpowiedź: nie wiem! Jak to „nie wiesz”? Nic nie widzę, oczy mi łzawią! Jak to ci łzawią? Przecież wzięliśmy okularki rowerowe? Błąd! Mój NAWIAGATOR się wścieka: to co z tego! Nic nie widzę na tej cholernej mapie ! Oczy mi łzawią i tak!!! Niedobrze! Nerwy ! Wyciągam moją mapę, wspólnie studiujemy trasę, mapa jakaś niewyraźna, decydujemy się nieco cofnąć i pojechać drogą naokoło. NAWIGATOR się nadął i słabo nawiguje. Na bocznej drodze widzimy konkurencyjne zespoły, ale nie wzbudzają naszego zaufania, jakoś tak niepewnie się poruszają i nie podążamy ich śladem, tym bardziej, że w panice zaprzestaliśmy posługiwania się rozumem i nie bardzo wiemy gdzie jesteśmy. Po opanowaniu nerwów i dogłębnym zwiedzeniu 100 m2 lasku koło lotniska znajdujemy w końcu nieszczęsny punkt 1 (wraz z dwoma równie jak my gapiowatymi zespołami). NAWIAGATOR dalej zły, stwierdza, że nie będzie się szlajał po dróżkach i zarządza podróż w kierunku punktu 2 ulicą Powstańców Śląskich. Nie jest łatwo, dalej mamy mętne pojęcie gdzie jesteśmy, jeszcze „nie weszliśmy w mapę”. Stosujemy więc niezawodną harcerską metodę „koniec języka za przewodnika” i od duetu biegaczy ojciec + nieletni syn (może to przyszli kandydaci na zwycięzców Rajdu Miejskiego) uzyskujemy informację: prosto, w lewo, za kościołem w prawo i na rondzie w lewo. Dobra nasza ! Jedziemy, wprawdzie strasznie skwaszeni fatalnym początkiem, NAWIGATOR się nie odzywa, ale z oczami chyba jest lepiej no i przynajmniej mapa zrobiła się bardziej przyjazna i da się jechać. Docieramy na punkt 2 gdzie obsługa miło nas wita i gratuluje, że zmieściliśmy się w czasie! Jezus Maria! Przez kłopoty z oczami i humorem NAWIGATORA zupełnie zapomniałam, że dzisiaj punkty się zamykają dla spóźnialskich ! Dobra, będziemy się martwić później, ruszamy po maciupkim lasku odszukiwać punkty na orientację Punkt „A” – prościzna. Biegniemy dalej ( raczej ja ledwo truchtam, bo okropnie mnie bolą nogi po wczorajszym dniu, NAWIGATOR oczywiście jest w formie). Mijamy różne ławeczki i inne miejsca na ognisko. Niedobrze ! Punkt „B” powinien już tu być! Miotamy się lekko, spotykamy inny zespół równie udatnie jak my nawigujący i poszukujący głupiego punktu B. Jeszcze raz studiujemy mapę, wznosimy się na wyżyny inteligencji i ustalamy, że jeśli „to żółte z krzyżykami” to są miejsca wypoczynku, to punkt „B” jest za jednym z nich z tyłu (to moje określenie) na północ (to określenie NAWIGATORA). No i oczywiście jest. Organizatorzy złośliwie powiesili na nim jakiś brudny i wyliniały lampion żeby go nie było widać z drogi – na pewno tak zrobili żeby go było trudniej znaleźć! Po tym „sukcesie” mapa znowu robi się w tajemniczy sposób bardziej czytelna i już bez większego kłopotu odnajdujemy punkt „E”. Przy okazji wymieniamy się z innymi zespołami z końca stawki przydatnymi informacjami, np. że punkt „F” nie jest wcale na górce (jak się spodziewaliśmy), tylko w dołku pod płotem i trzeba go wypatrzyć pośród malowniczo rozrzuconych licznych śmieci. Dobra nasza: wszystkie punkty odbite, mamy 6 punktów do przodu! NAWIGATOR zdaje się odzyskiwać humor, odzywa się łaskawie i stwierdza kategorycznie, że punkt 3 i 4 olewamy bo i tak nie zdążymy, jedziemy od razu na stadion Legii. Piszczę coś nieśmiało, że może zrobimy chociaż punkt 3, ale NAWIGATOR odzyskuje siły mentalne i wiarę w dotarcie do mety i oświadcza: nie ma mowy, nie będę tracił czasu na punkt 3, musimy zdążyć na rolki i kajaki; tam jest dużo punktów! Znam NAWIAGTORA ( w końcu jestem jego bardzo starą i zasłużoną żoną), wiem, że nie m co dyskutować, kolega małżonek złapał wiatr w żagle: jedziemy. NAWIGATOR z przodu, ja nieco z tyłu, zjeżdżamy nad Wisłę i elegancko, prawie cały czas ścieżką rowerową dojeżdżamy do Legii. Odbijamy punkt nr 5, upieram się, że muszę zjechać po linie i staję w kolejce. Przed nami kilka zespołów (dobrze, że zjeżdża tylko jedna osoba!). NAWIGATOR raczy się kanapkami, studiuje mapę, a ja dzielnie się ubieram w szelki, dogaduję, narzekam na upływający czas, podziwiam naświetlaną lampami idealnie zieloną murawę boiska Legii. Dopiero kiedy obwieszona żelastwem jak rasowy wspinacz skałkowy podążam na górę (koroną stadionu i potem drabiną przez właz na dach ) robi mi się cokolwiek łyso. Jeszcze mniej wyraźnie mi jest na dachu: okropnie wieje no i muszę przejść przez barierkę na jakąś taką lichą platformę (okropnie daleko do ziemi!), a potem się spuścić w otchłań… W sumie jest git, tylko zjazd trwa strasznie krótko… No i z tych nerwów zapomniałam rozejrzeć się dokoła, podobno widok z dachu jest wspaniały….

Kolejka do atrakcji linowych coraz większa, jednak NAWIGATOR miał rację, że opuściliśmy punkt 3 i 4.

NAWIGATOR dobrze wykorzystał mój czas oczekiwania na zjazd, przestudiował mapę i punkt 6 i 7 „zdobywamy” krótko łatwo i przyjemnie.

Na punkcie 7 nad brzegiem Jeziorka Czerniakowskiego króluje duża pani od kajaków, która pilnuje, żeby wszyscy zawodnicy wkładali kapoki. Jest tak zdeterminowana, że nie mam wątpliwości, że bez wahania rzuciłaby się wpław w mętne wody jeziorka za winowajcą, który ośmieliłby się płynąć bez kapoka. Wszyscy zakładają i zapinają posłusznie kapoki. Wtryniamy się do kajaka. Nagle mój małżonek oświadcza mściwie: uprzedzam cię, jak mnie oblejesz wodą to koniec zawodów! I wracamy do domu !!. Doprawy, jaki pamiętliwy! Przecież na Białej Hańczy oblałam go całkiem przypadkiem i niechcący! Wprawdzie był przez to cały mokry, ale w końcu to było lato! Pokornie obiecuję, że na pewno będę bardzo uważać. Kajak nam nieco myszkuje (czy to przez prąd czy wiatr), ale nie jest źle. Na jednym punkcie inna załoga wykorzystując nasze zaplątanie w konary dzielnie wbija się pomiędzy nas i upragniony kliker: nic to, widocznie im bardziej się spieszy!

Pora na punkt numer 8 w studio nagraniowym jest fajnie: miło i cieplutko i jest Kasia. Udaje mi się w miarę składnie przeczytać wymagany tekst; zadanie zaliczone. Przy okazji wypijamy herbatę: jest tak pyszna i krzepiąca, że właściwie można by ją uznać za niedozwolone wspomaganie !

Teraz rolki. Wprawdzie nie jeździliśmy nigdy na rolkach, ale uznajemy, że skoro jeździliśmy (dawno temu) na łyżwach, to na rolkach nie może być trudno, a zawsze szybciej niż na piechotę. Noo, to nie jest aż tak fajnie. Kolega małżonek, hokeista, nie ma większych problemów, ja jednakże jeździłam tylko na figurówkach, w których, jak każdy wie, odbijanie się odbywa „z czuba”. Nooo… taka technika w ogóle się nie sprawdza na rolkach: tak nie da się jechać, noga ucieka do tyłu i leci się na twarz. Niedobrze. Moje „najlepsze” cieplutkie spodnie rowerowe z pieluchą z Lidla są zagrożone upadkiem i licznymi dziurami ! Ojej. Technika hamowania na tym sprzęcie pozostaje zagadką (podobno hamuje się jakimś interesem z tyłu, ale, moim skromnym zdaniem, interes nie działa wcale i na dodatek narusza moją i tak już chwiejną równowagę). Nic to, trzeba jechać, czas ucieka. Kłócimy się chwilę próbując ustalić gdzie występuje w przyrodzie i na naszej mapie punkt „Ł” z otrzymanej przed chwilą mapy „rolkowej”. Kłótnia zajmuje nam nieco czasu, bo znowu nie posługujemy się rozumem (na spokojnie po zawodach stwierdzam, że na mapach wszystko było zaznaczone niezwykle prosto i jasno). W końcu udaje się nam ustalić gdzie jesteśmy i gdzie mamy jechać. Podążamy do punktu „L”. Kolega małżonek NAWIGATOR znowu nie w sosie, a przecież jazda na rolkach idzie mu znacznie lepiej niż mnie. Mijamy grupkę szkolących się psów z właścicielami. Jeden z piesków, młody owczarek niemiecki, strasznie mi przypomina naszego wielkiego, tłustego i groźnego Brusa z czasów, gdy był małym zawadiackim Fe Brusem. Ale nie mam czasu żeby się zatrzymać i zaczepić słodkiego pieska (zresztą i tak nie wiem jak hamować!). Docieramy w okolice jakiegoś pubu. NAWIGATOR złorzeczy, że tu powinien by punkt, na pewno ktoś go ukradł, ludzie to są podli… punkt jest w następnej alejce. Teraz musimy pokonać kładką Aleję Niepodległości. Na szczęście jest to rampa, a nie schody, ale pod górę jedzie się trudno i męczliwie. Nic to, odpocznę przy zjeżdżaniu. Nic bardziej mylnego ! Rolki okropnie się rozpędzają, interes d o hamowania nie działa, czepiam się barierek jak pijany płotu i zjeżdżam wykonując różne akrobacje i wzbudzając popłoch nielicznych pieszych (w tym jednej zakonnicy). Punkty rolkowe są łatwo zauważalne, jedynym problemem jest różnorodna struktura ścieżek, po których się poruszamy. A nierówny bruk koło Pomnika Lotników jest nie do zaakceptowania. Co za zwariowany architekt to wymyślił. Esteta !

Niestety więcej punktów już nie udaje się nam zaliczyć. Na 10 nawet nie próbujemy (swoją drogą ciekawe co oni tam za pozy wyczyniali z tymi kijami od szczotki???) Na ostatni, czyli strzelnicę spóźniamy się dosłownie 5 minut. Może gdybyśmy bardziej cisnęli na rowerach to byśmy zdążyli. NAWIGATOR jest niepocieszony, ale okazuje się, że może sobie postrzelać, chociaż poza konkurencją. Fakt umieszczenia 4 pocisków w czarnej części tarczy znacznie poprawia mu humor. Piąty pocisk (a raczej pierwszy) sam (podobno) złośliwie wypalił w powietrze bez interwencji NAWIGATORA.

Schodzimy do sali gimnastycznej na zakończenie rajdu. Na schodach siedzi zespół MIX, z którym się spotykaliśmy kilka razy na trasie. Chłopak i dziewczyna. I patrzą sobie w oczy. Ludzie chodzą koło nich po schodach, wprowadzają rowery, głośno komentują wyniki. Nabieram przekonania, że wszystko co się wokół dzieje nie jest dla nich ważne. I robi się tak jakoś słodko-gorzko. Kiedy ostatni raz patrzyliśmy tak na siebie z kolegą NAWIAGATOREM? Z ulgą stwierdzam, że to wcale nie było tak dawno temu…

(Magda i Tomek - czyli dzielny team "Sułki" z prawej. NA RAZIE dopiero z prawej. Ale co będzie w przyszłości?..)

Co bym radziła żółtodziobom, startującym po raz pierwszy

Zalecam zdecydowanie wzięcie ze sobą zegarka. Pierwszego dnia rajdu zapomnieliśmy zabrać ze sobą to nieco już zapomniane urządzenie i musieliśmy posługiwać się komórką żeby orientować się ile jeszcze na m zostało czasu i które punkty odpuścić. Oj nie było to wygodne ! Drugiego dnia już było lepiej: kolega małżonek NAWIGATOR wziął swój duży zegarek. Ale to też nie było rozwiązanie optymalne: gdyby był jeszcze trzeci dzień rajdu to pewnie wzięlibyśmy już dwa zegarki: po jednym dla każdego. Dlaczego? Otóż może się zdarzyć, że kolega NAWIGATOR po usłyszeniu w przeciągu pół minuty piątego zapytania „która jest godzina”, zrobi się nagle czerwony i zacznie krzyczeć nie przebierając w słowach (mężczyźni są dzisiaj tacy jacyś nerwowi…). Żeby uniknąć niepotrzebnych nerwów zalecam zdecydowanie po jednym chronometrze na zawodnika.

Z moich (niewielkich) doświadczeń wynika, że nie jest złe posługiwanie się mapami przez dwóch członków załogi . W końcu co dwie głowy to nie jedna. I można się zawsze trochę pokłócić w sprawie trasy(byle nie za długo!) No i napotkawszy na trasie rowerowej na przykład nieoczekiwaną przeszkodę w postaci świeżo rozkopanej i zagrodzonej drogi, albo cieku wodnego, którego nie ma na mapie, dobić zgnębionego NAWIGATORA jednym krótkim, treściwym i triumfującym: ” A nie mówiłam?”

W sprawie strategii: zdecydowanie polecam poświęceni kilku minut na dokładne obejrzenie mapy i zaplanowanie trasy. Jeśli nie trenowaliśmy ostro przed zawodami, a sporty uprawiamy raczej turystyczno-rekreacyjnie jest baaaardzo mało prawdopodobne zaliczenie wszystkich punktów na trasie pieszej. Lepiej w takiej sytuacji skreślić bez żalu punkty najbardziej oddalone i skupić się na zaliczaniu wszystkich pozostałych. Nie należy dawać się ponosić nerwom i owczemu pędowi „bo wszyscy lecą” to my też musimy… No i upewnić się co do zasad punktowania. No i oceniać własne siły. Jak nie idziemy na maksa, to lepiej zaplanować krótszą, ale za to realizowalna trasę. Wyszło mi również, że lepiej nawet chwile się spóźnić (byle nie przekroczyć pół godziny), ale zaliczyć dodatkowy punkt (punkty są ważniejsze od czasu). No i nie panikować, posługiwać się posiadanymi szarymi komórkami oraz takimi starodawnymi sprzętami jak kompas czy linijka, co w połączeniu z licznikiem rowerowym całkiem fajnie pozwala nawigować nawet w lesie :). Najlepsze są chyba punkty bez zadań specjalnych: nie można za nie dostać kary. Ja na przykład, w swoim rozumku wykoncypowałam (możliwości rozumu ludzkiego są jednak nieograniczone), że jak się nie odbije punktu to nie tylko się traci „punkt”, ale dodatkowo dostaję się karę czasową tak jakby się nie wykonało zadani. No, ale tego w regulaminie nie było! W ogóle na temat strategii trzeba przy sprzyjającej okazji wziąć ORGANIZATORA w krzyżowy ogień wariantowych pytań typu „co się bardziej opłaca”.

No i nie odpoczywać za bardzo po drodze, tylko cisnąć, szczególnie drugiego dnia, kiedy punkty się zamykają – w ostatecznym rozrachunku może nam zabraknąć kilku minut do zaliczenia dodatkowego punktu i awansu w klasyfikacji.

Zdecydowanie nie oglądać się na inne zespoły i na ich poczynania – tylko trzymać się własnej trasy i kolejności zaliczania punktów. Inne zespoły robią różne dziwne rzeczy. Na przykład drugiego dnia jadąc z punktu 8 na 9 spotkaliśmy zespół który wyraźnie zmierzał w drugą stronę. Czyżby zaliczyli 9 i wracali żeby zaliczyć 8 bo i zostało trochę czasu? Ale przecież rzekomo ważna jest kolejność zaliczania? Ha! Dodać nowe pytanie do zestawu pytań do ORGANIZATORA: co regulamin przewiduje w takim przypadku?

Na trasie rowerowej zdecydowanie unikać ścieżek rowerowych, które, jak wiadomo, w Warszawie kluczą, ciągle zmieniają strony jezdni oraz niespodziewanie się kończą i w rezultacie spowalniają jazdę. No chyba, że jest to znana nam ścieżka rowerowa na przykład wzdłuż Wisły. Najszybciej jednak się jedzie po asfalcie. Podczas przejeżdżania na czerwonym świetle trzeba uważać na taksiarzy: okropnie trąbią. No i brać pod uwagę, że nie wszyscy kierowcy mają refleks rajdowca i niektórzy mogą nie zdążyć zahamować….

Poza tym należy się dobrze nastawić i świetnie się bawić, do czego takie zawody jak Rajd Miejski świetnie się nadają.