Poleciałem, wystartowałem, ukończyłem - czyli Maciek na Eigerze

   "Ty, oni są naprawdę poj...ni. Lecę teraz tą trasą w Wengen, którą jadą zjazd, i to jest jakiś kosmos tu jeździć. Tak tylko, chciałem zadzwonić i to opowiedzieć" - wysapał mi w zaprzeszłą sobotę do telefonu Maciek Pońc. Po czym się rozłączył. Treść rozmowy była intrygująca, okoliczności też; jechałem spokojnie na Mazury, podczas, gdy interlokutor miał jeszcze - jak się okazało - kilkanaście kilometrów biegu "z takim jednym podbiegiem większym jeszcze, ale spoko". Porządkując dane; Macio startował w Eiger Ultra Trail, czyli biegu na setkę z okładem w szwajcarskich Alpach. Jego relacja i kilka z ogromnej partii zdjęć - poniżej. Aha - ten odcinek, o którym mówił przez telefon, to słynny Lauberhorn w Wengen. Alpejczycy jeżdżą tam zaliczany do Pucharu Świata zjazd - i faktycznie, to nie jest zabawa dla mało odpornych psychicznie. Zatem - do rzeczy. Oto treściwy opis sytego biegu:

Tak jak obiecałem - zdaję relację z wyjazdu do Szwajcarii.

...Miała to być impreza sezonu wiec wypadało by się do niej przygotować jak najlepiej, niestety jak to w życiu bywa nie do końca się to udało i zamiast kilku treningów wysokogórskich w Tatrach wybiegałem tylko nieco ponad 100 km w naszych Beskidach i około 300 km po okolicznych asfaltach. Ale co tam – dam radę !!! No i dałem !!!

Wychodzi na to ze da się ukończyć najtrudniejszy a zarazem najpiękniejszy bieg z serii “ Ultra Trial World Tour” z tak marnym przygotowaniem tylko trzeba się odpowiednio nastawić i obrać dobrą taktykę. Po pierwsze iść od początku do końca” swoje”; jak tylko czujesz jakieś zmęczenie – zwalniasz. Jak jest jakiś piękny widoczek to robisz zdjęcie. Umilasz sobie czas rozmową z współtowarzyszami na trasie – np. w pewnym momencie biegłem po szerokim trawersie razem z Amerykaninem, Irańczykiem, Japończykiem i Francuzem. Biegliśmy obok siebie i prowadziliśmy sobie dialog, czas super uciekał . Tylko Japończyk nic nie mówił i się ciągle śmiał.

Jak dla mnie bieg bardzo udany -  171 miejsce w generalce na 600 startujących, było by lepiej, ale na 8 km przed meta rozszalała się burza i wstrzymano zawodników na punktach odżywczych. Pech chciał, że na moim nie było pomiaru czasu i nie odliczono nam (15 osób ) 50 minut, które byliśmy zmuszeni czekać na wznowienie rywalizacji. Ale dla mnie nie ma to żadnego znaczenia bo czy byłbym 120 czy 170 to nic nie zmienia – grunt że było pięknie, nie bardzo bolało. A 19 godzin biegu po Alpach Berneńskich – bezcenne.

Na potwierdzenie przesyłam kilka fotek aby zachęcić do startu innych – naprawdę warto. Jeśli ktoś się boi dystansu i przewyższeń  (101 km. + 6700 mnpm ) to proponuję start na trasie 50 km - prowadzi ona też przez większość najpiękniejszych szczytów. Naprawdę warto pomyśleć o starcie w tak wspaniałej imprezie. Polecam – Maciej Pońc