Pod górkę

  Była pana (czyli przebita dętka), były gzy, upał - no i bardzo pod górę. Taki zestaw może nam się układać w niezbyt sympatyczny obraz zawodów Mountain Touch Challenge, które w zeszły weekend rozgrywano w okolicach Szczawnicy. A niesłusznie, bowiem Irek Waluga - który ponarzekał sobie trochę na wspomniane niedogodności - określił imprezę jako "bardzo fajną". Niby drobna sprzeczność zeznań, ale pamiętajmy - w rajdach nie startujemy przecież dla przyjemności, nie? No, to dwa słowa relacji teraz...

  "Dziadzieje naród, bo bardzo długo nie byłem w stanie znaleźć partnera do startu. Na krótką trasę! (rywalizacja na długiej nie została przeprowadzona; zgadnijcie, dlaczego, koteczki?..- IB). W końcu udało się z Tomkiem Jurczykiem, który wprawdzie miał biegać w Limanowej na orientację, ale po pierwszym dniu odpuścił i pojechał ze mną. No, ale Tomek nie miał roweru. Pożyczyliśmy od Justyny Frączek; fajny i lekki, trochę damski, no i z wąskimi oponami, niestety. Do tego nie dało się na nim zamocować mapnika...

 Trasa miała mieć 80 km. Początek, bieg na orientację, zrobiliśmy najszybciej. W kajaku też nam nieźle szło, bo na kilkunastu kilometrach miejscowe chopaki z GOPR (Funandrace Team, Kamil Zaród i Grzegorz Kwiatek, późniejsi zwycięzcy-IB) - którzy tu pływają na co dzień prawie, wyprzedzili nas tylko o kilka minut. A i tak ze strefy zmian wychodziliśmy przed nimi. Ale na rowerze już było gorzej; na asfalcie Tomek jakoś dawał radę jechać, w górach częściej pchał. Albo prowadził, jak było z góry. Do tego machnąłem dwa babole - raz nie zauważyłem, że jesteśmy tuż koło punktu i tak z kwadrans nadrobiliśmy. Tam koło nas się pojawili właśnie ci miejscowi, do tego Szymek (Pietrowski) z Rafałem (Bogackim) i jeden solista (Paweł Gorczyca). A drugi błąd to już była gorsza sprawa; z drogi skręciłem na taką grańkę. Wszystko pasowało, kierunek, okolica... Tylko coś długo jechaliśmy i nie było widać takiej polany, która miała być. Mapy wprawdzie nie były idealne; ponoć Kuba Wolski sprawdzał trzy różne wydawnictwa i na każdym coś było lepiej a coś gorzej. No, ale w końcu sprawdziłem na zegarku wysokość i się okazało, że jesteśmy 150 metrów za nisko... To nie była ta grańka, tylko taka obok. No i potem jak szliśmy pod górę na właściwe miejsce, to nas upał zabił. Do tego Tomek złapał panę i końcówkę jechałem na jego rowerze. Masę sił to mnie kosztowało. Na ostatni pieszy dojechałem ledwie żywy. Udało się nam skrócić tym samym manewrem, co na Bergsonie w 2008, drogę szlakiem granicznym, ale nie miałem siły się ścigać z Rafałem i Szymkiem i w sumie byliśmy na 3. miejscu. Szkoda tego roweru - 40 km jechaliśmy w 5 godzin! No i cała trasa też niemało - 10 godzin na taki rajdzik, to jednak długo... Skatowałem się strasznie" - zakończył opowieść Iro.

  Ale, przynajmniej, burzy nie mieli. Więc i tak sporo powodów do zadowolenia, nieprawdaż?