Hoc est finis

  Wbrew pesymistycznej wymowie tytułu, nie sugerujemy, że teraz "nie ma już nic". Niemniej, zakończenie najpucharowszego wszechcyklu w galaktyce przyjmujemy - jak zwykle - targani skrajnymi emocjami. I odczuciami takoż.

  Z jednej strony bowiem - szkoda, że już koniec. 12 rund, 30 imprez, ponad 200 startujących... No, było tego trochę. Na dodatek zakończenie, które wypadło niezwykle okazale - zwłaszcza frekwencyjnie. Z drugiej - przecież każdy wieczór jest obietnicą poranka a zasilany energią kosmiczną Janek już zdążył obiecać kolejny cykl - i nawet naszkicował podstawowe zasady, jak duże lampiony, kolorowe mapy i numery oraz 500 PLN na dziecko. Zatem - niby szkoda, ale już się cieszymy na następne.

 Pięknie udało się także połączyć podczas tego zakończenia stare z nowym; inauguracja Zielonych Punktów Kontrolnych w Wawrze się udała - w końcu nowiuśkie słupki z perforatorami wkopywano ledwie tydzień temu. A mapa połączyła te współczesne czasy z pionierskim okresem MTBO pod Warszawą, kiedy to mało kto używał pedałów SPD a o kołach 29" nawet nie myślano. Takie rzeczy - tylko u nas!

 Do tego jeszcze emocje związane z losowaniem - jak co roku bowiem, firma Wheeler ufundowała rower. Szansę mieli się załapać zawodnicy startujący najwytrwalej; ale wszystko odbyło się jak w PKW i maszyna trafiła w ręce (i nogi) osoby przygotowującej losy, czyli Adama Wroniaka. Zwycięzcy gratulujemy; przy okazji chciałbym zgłosić, że mogę przygotować losy na przyszły rok, jak by co.

 I nawet śnieg nie padał a deszcz to już na zakończeniu tylko... Janek to potrafi wszystko załatwić. Łubu-dubu!  I oby tak jeszcze wiele razy; zimą, zresztą, też może być fajnie. Byle śnieg spadł.