Dopłynęliśmy!

  Udało się! Akcja się powiodła, #wszyscydowioseł pokonali dystans z Warszawy do Madrytu na ergometrach (a nawet ciut więcej wyszło tych kilometrów), więc sponsorzy uregulują całkiem przyzwoity nominał na zakup ergometrów wioślarskich dla niepełnosprawnych. Bo o to w całym przedsięwzięciu chodziło. Wiosłowanie trwało całą dobę; jak po kolei przebiegała akcja, można sobie poczytać na stronie Legii Warszawa, z której gościny (Legii, nie strony) uczestnicy sztafety korzystali. No, to teraz pikantne detale, dotyczące naszego udziału w sztafecie...

 Nasza (Teamu 360 Stopni) kolej przypadła na psią wachtę, czyli między 03.00 a 05.00. Idealna pora na takie zabawy - nie ma szansy się wyspać, o nabraniu jakiejkolwiek płynności ruchów nie wpominając. Jedyny walor jest taki, że szosa do centrum pusta, jak nigdy.

 W recepcji Legii na Ł3 spotyka się nasza wesoła gromadka, sklecona zresztą z bardzo różnych elementów. Rajdowcy (ale także spoza Teamu, jak Maciek Bazała i Artur Kurek), dziennikarze, biegacze, znajomi z wuefów i tak dalej. Część powyższych kategorii zresztą na siebie zachodzi (można być kolegą-biegaczem-dziennikarzem, na przykład...). W skyboxie, gdzie odbywa się wiosłowanie, mimo nieludzkiej pory, atmosfera piknikowa - szóstka zawodników walczy na ergometrach, Darczo z mikrofonem dziarsko zagrzewa do boju, uśmiechnięta promiennie Uli Fuhrmann krząta się i rozmawia ze wszystkimi naraz, Robert Borys dogląda, podobnie, jak dwie miłe Panie. Tylko kilkoro cokolwiek zmacerowanych zawodników nie pasuje do tego radosnego obrazka - stoją, jakoby siedzieli albo i leżeli. "Nigdy więcej tego nie dotknę" - rzęzi umęczone dziewczę, wskazując na ergometr. "Eee, histeryzuje"- myślę sobie. Nie ma czasu na rozpamiętywanie - Uli, pobudzona jak red. Kraśko w wieczór wyborczy, organizuje nas do fotki, zachwycona, że jej plan się powiódł.

(Oblukajcie, jak się Darek odział...)

  Plan polegał, z grubsza, na tym, żeby znaleźć jeleni na nocno-ranne godziny. Argument był, oczywiście, nie do odparcia - "Tylko wy dacie radę o takiej porze; wiadomo, rajdowcy...". No, na razie dajemy radę. Szóstka pod wodzą Artura siada na ergo jako pierwsza; za chwilę zaczną machać.

 No i te 20 minut, kiedy nasi koledzy walczyli o metry - a my dzielnie trzymaliśmy fason, obserwując ich wysiłki z boku - było zdecydowanie najprzyjemniejsze tej nocy. Troszkę było dowcipów, kiedy Artur przeciągnął swój ergometr o jakieś dwa metry w głąb sali (w trakcie wiosłowania, oczywiście). No, ale minęło "ich" 20 minut - a rozpoczęło się nasze; pierwsze z trzech...

(Team 360 Stopni I w akcji. Dziwnie świeżutcy, pewnie pierwsza sesja)

  Kilkanaście lat temu chodziliśmy z Darkiem na ergometry do WTW. Niestety - tyle czasu, a żadnych postępów technicznych w tej kwestii. Nadal trzeba używać organizmu, żeby wprawić to urządzenie w ruch. Co męczy, niestety... Kilka początkowych minut jakoś idzie, chociaż boleśnie sobie przypominam poniedziałkowe, długie godziny w bardzo dobrze ogrzewanym pociągu (+ brak picia) oraz wieczorny trening na hali (+ troszkę picia). Innymi słowy - zanim wszystko zaczęło boleć, pojawiło się pragnienie. Równocześnie zaś ponura refleksja, że to dopiero pierwsza zmiana - z trzech - a do końca tejże jeszcze 16 minut... Oj, będzie się dłużyć. Po jakimś czasie udaje mi się wysapać do przechodzącego obok Roberta: "Daj pić!". Uczynny ten człowiek spełnia prośbę, ale tu spostrzegam swój błąd. Nie poprosiłem bowiem, żeby mi tę wodę wlał do ust. W efekcie - sięgam po butelkę, ale wózek ergometru odjeżdża, więc nie trafiam ręką... Nie napiłem się, za to oblałem dość dokładnie. W bonusiku - rytm oraz prędkość trzeba zdobywać od nowa. No, nic - za parę minut koniec zmiany. Można spokojnie przestać wiosłować i skupić się na łapaniu powietrza ustami.

  Duga zmiana wygląda tak samo, tylko gorzej. Najpierw podglądamy szóstkę kolegów z I teamu - ale dowcipasków już, jakby, mniej. Potem siadami sami i okazuje się, że te cholerne linki ergometrów wyciągają się tym razem z jeszcze większym oporem. Ale prawdziwe ludzkie dramaty rozgrywają się na zmiane trzeciej.

(To raczej zmiana trzecia. Fotki od Łukasza Smogorowskiego i - chyba - Darka albo Uli)

  Najpierw poczułem się jak na rajdzie - ale tak w drugiej albo i trzeciej dobie zabawy. Pojawiają mi się bowiem przed oczami hoplici w pełnym rynsztunku. Okazuje się, że to jednak nie haluny, tylko Spartanie Dzieciom, którzy wiosłują po nas. To obok -  a w centrum wydarzeń ergometr w ogóle nie reaguje na moje wysiłki. Przy drugiej "dwudziestce" te linki chodziły jednak zupełnie luźno w porównaniu. O pierwszej nie wspominając... I siodełko tak nie gniotło. Tak, zdecydowanie sprzęt nie daje rady na dłuższą metę. Coraz gorzej pracuje. Za to nasi koledzy z poprzedniej zmiany najwyraźniej już doszli do siebie, bo im humor dopisuje wyjątkowo. Nie zwracamy uwagi na zaczepki w rodzaju "Dacie radę, jeszcze trochę!". Ostatnia minutka... Wydaję z siebie charkot, którego nie powstydziłby się Albert Kuwezin w najlepszej formie wokalnej. Darczo i Czarek, wiosłujący obok, mogliby za to śmiało dubbingować filmy z domu produkcyjnego Teresy Orlowski (sorry - ale linka nie wrzucę. I tak pewnie macie w ulubionych). Hoplici lekko tężęją, bo dochodzi do nich w końcu, że za chwilę sami siądą przy tych piekielnych maszynach...

 No, zatem czujemy się współautorami sukcesu akcji. Artur, Krzysiek, Mateusz, Artur, Rysiek i Łukasz (czyli Team 360 Stopni I) oraz Ania, Czarek, Darczo, Maciek, Daniel (Team 360Stopni II) - dzięki za wspólną katorgę. Ależ było fajnie, co?..

P.S. 1

Hoplici wiosłowali po 10 minut. A niby tacy pancerni...

P.S. 2

Czarek przysłał po południu SMS-a, że nie jest w stanie siedzieć. Myślę, że jest nas więcej. Uli - jakoś się zrewanżujemy...

P.S. 3

Nasze występki w cyferkach - w załączniku

ZałącznikWielkość
Team 360.xls11 KB