I tak szkoda...

  Już dawno po zawodach, ale tak ostatnio rozmawiałem z kilkoma osobami na temat ARWC - czyli mistrzostw świata w AR, które odbywały się w Brazylii. Dominowało umiarkowane narzekactwo - że daleko, że drogo, że ciężko zebrać skład na takie napieranie... No i że sami organizatorzy nie pomagają w tym wszystkim, skoro najlepsza ekipa świata nie jest w stanie zmieścić się w założonych limitach (dla najsłabszych) i ucina im się coś koło 20-25% trasy, żeby zdążyli na metę w jakimś normalnym terminie.

 Seagate - bo o nich mowa - rzeczywiście mieli trasę skróconą. Ale - dodać tu należy - jak na mistrzów przystało, mieli tę trasę skróconą mniej, niż całą reszta... Kolejne cztery teamy - w tym sklasyfikowany na kapitalnym, piątym miejscu estoński ACE Adventure - miały tego skrótu jeszcze więcej, bo w sumie pięć etapów ( z czternastu...). No, nie wygląda to zawodowo, jak się pokazuje potem wyniki sponsorom, nie?

 Ale - można ponarzekać, a tak naprawdę, to każdy by i tak chciał. Bo możemy sobie gadać, że daleko i nie były te brazylijskie zawody pomyślane najlepiej... Tylko, że potem i tak liczy się zupełnie co innego:

(Można obejrzeć rodzinę krokodyli z bliska...)

(...można, mimo bomby pod okiem, cieszyć z mistrzowskiego tytułu - choć to akurat przywilej nielicznych...)

(.. no i wręcz trzeba poświętować dotarcie do mety - to już dla wszystkich, którzy ukończą. Fotografie z fb zawodników ARWC)

  Tak, że jednak warto spróbować takiej przygody. Przynajmniej raz...