Podróże z Bobem, czyli long'2016

  A miało być tak pięknie; sukcesy, wywiady, wizyty w zakładach pracy. Tymczasem wyszło cokolwiek żałośnie; chyba, że za sukces można poczytywać sobie podręcznikowe wręcz babole na trasie. Bob w najwyższej formie - jaka szkoda, że widzieliśmy się na trasie DMP pod Suwałkami tak często... No, ale od początku.

  Dawno temu, kiedy ostatnio biegałem na longach, to się do tych zawodów wypadało jakoś przygotować. Wiadomo - jak się da radę na długodystansowych, to potem reszta sezonu już z górki. Tym razem jednak było zupełnie inaczej - ze dwa tygodnie przed startem się okazało, że będę mieć wolną niedzielę - więc można się było zgłosić. Forma może nie była brylantowa, na mapie (nie licząc parkowego sprintu w Warszawie) ostatnio biegałem we wrześniu (a jeszcze przedtem na Wawelu), no, ale kto by się przejmował. Przecież jakoś to będzie, nie?

  Na starcie było dość tłoczno. Wychodzi, że M-40 poprawia frekwencję każdych zawodów w Polsce (może poza Pucharem Najmłodszych). Na szczęście, od razu było wiadomo, kto będzie stawkę rozpędzał. Pan Jacek był chyba zresztą świadom swojej misji:

(Jacek z numerem 333, jak by co)

  Po starcie wszyscy rzucili się naprzód - jak to na longu - i trochę się towarzystwo pomieszało z juniorami, panami jeszcze starszymi i elitą, startującymi w tej samej minucie. Ale wkrótce po wbiegnięciu do lasu okazało się, że Jacek szczęśliwie biegnie obok - więc jedno zmartwienie z głowy. Sprawa wyglądała klarownie - kierunek się zgadza, teren też, pierwszy PK na bank jest wspólny, najmocniej (w sensie - szybko i pewnie) biegający gość w stawce narzucił odpowiednie tempo... Nic, tylko się skupić na kolejnych przebiegach! Lecimy sobie. Ktoś z tyłu rzęzi - dobra nasza, będzie luźniej. Trochę może kierunek nie teges, ale - Jacek na pewno wie, co robi, a pożyczony na pół godziny przed startem kompas wcale nie musi pokazywać północy tak dokładnie. O drogach to orgowie pisali, że mogą być rozjeżdżone po pracach w lesie, to się pewnie klasyfikacja zmieniła... no, wszystko można sobie wytłumaczyć. Poza jednym - jak już dopadamy do tej jedynki, to się okazuje, że jednak nie była wspólna...

(krzaki po horyzont i orientacja "na plecy" - czyli okolice startu DMP'2016)

 Ach, cóż za znakomity początek. Koledzy i podium umykają w szybkim tempie, ja zaś zastanawiam się usilnie, dokąd (i po co) właściwie biec. Po jakimś czasie widzę, że podobny kłopot ma chyba kolega Tomek. Z Tomkiem cięliśmy się kiedyś strasznie; było to nie tak dawno, bo w czasach, kiedy startowaiśmy w M-11. Czyli góra 32 lata temu... W każdym razie, po dłuższym czasie docieram w końcu do swojej jedynki - plączą się tam dziewczyny, które startowały 5 minut po nas. I to raczej nie te najszybsze.

  Tu wychodzi wyższość piłki nożnej; mnie nikt w lesie nie zaśpiewa "Polacy, nic się nie stało...". Może poza Bobem, który wpada kontrolnie tak co 2-3 PK, żeby zobaczyć, czy wszystko w porządku. Na pierwszym punkcie odżywczym mam ze 2 km i 10 minut bonusiku, za to nie mam swojej magicznej buteleczki. Trudno, nie tu, to będzie na drugim i trzecim. Ten drugi zresztą pojawia się dość szybko - to półmetek trasy. Magiczej buteleczki znowu nie ma (dla jasności - zostawiłem w sumie dwie, więc rachunek prawdopodobieństwa przestał jakoś się zgadzać) - za to jest miłe towarzystwo w postaci Iwony. Późniejsza zwyciężczyni rywalizacji w damskiej elicie jakoś nie jest zanadto rozmowna, za to biegniemy kolejnych kilka przelotów razem. Pierwszy po zmianie map namierzam po mistrzowsku (może dlatego, że już tu byłem godzinkę z okładem temu); drugi prosty, na trzecim kolejny babol. Taka kara dla Iwony, żeby się nie woziła za lamerami. Dobra, lecę na czwarty; wchodzę idealnie. To, dla odmiany, jedynka z poprzedniej pętli. Ale - kod nie ten! Dobra, to musi być muldka gdzieś obok; muldka jest, punktu nie ma. Dalej? Eee, tam już droga... To z powrotem. Mijam ten "nie swój", lecę dalej - jest punkt! Lampion stoi jak latara. Co prawda kompetnie się obiekt nie zgadza (bo to obniżenie) - ale, sprawdzić nie zawadzi. Zaskoczenie nawet nie było duże - kod się, oczywiście, zupełnie inny. Ale, zaraz, zaraz - tamten "nie mój", to jednak "mój"!. Źle odczytałem kody... Bob, przyjacielu. Twoja inwencja nie zna granic.

  To jednak nie koniec upokorzeń. Snuję się (raz - kilkanaście kilometrów już w nogach, dwa - motywacja jak w niemieckiej armii na wiosnę '45) dalej, wokół pusto jakoś. Logiczne - nie dość, że rozbicia, to jeszcze wszyscy dawno uciekli. Nagle pojawia się jakiś typ. Jak bym go widział kiedyś, ale raczej nie na zawodach. Biegnie tak dziwnie szybko; może z Open, bo z kategorii to chyba nie? Ale skoro trzeci przelot z rzędu mamy identyczny, to wersja z Open jednak odpada. Przelot zresztą cokolwiek selektywny - najpierw z półtora kilometra po szutrze, na deser czujne wejście w krzaki. Wypadam na ten szuter - no, zobaczymy, czyś ty mocny, bratku. Tempo oscyluje wokół 4'/km - może nie rewela, ale na M-40 powinno wystarczyć. Zwłaszcza, że biegamy już prawie dwie godziny. Słyszę, jak typ oddycha za moimi plecami. Niestety, oddech się przyblliża. Gość mnie dochodzi - zerkamy sobie w oczy i na numerki, czy aby na pewno się ścigamy ze sobą - po czym zaczyna odjeżdżać... No jak?! Kto?! W M-40?... Przed wejściem na PK kurtuazyjnie puszcza mnie przodem, ale w koncówce już takiego Wersalu nie ma. Krystiana mijamy jeszcze razem (to był ten moment, kiedy pojawiła się świadomość, że pudło - mimo wszystko - jednak było w  zasięgu), na ostatnim żywieniowym już meldujemy się osobno. Magicznej buteleczki brak, mocy na ściganie z nieznajomym koniem też.

(Państwo sobie obejrzy dokładnie - plan na urwanie tego gościa biegiem raczej może się nie powieść)

    Końcówka w tempie spacerowym; po drewniany medal za 4. miejsce nie ma się co spieszyć. Jacek, oczywiście, wygrał - zresztą jego średnia/km wskazuje, że mógłby opędzlować stawkę także w elicie. Kolejne miejsca na podium (Mariusz, Nieznajomy Szybki) załatwiliśmy sobie z Bobem jednym tylko PK (jedynka z pierwszej, czyli czwórka z drugiej pętli). A i tak na wszelki wypadek dorzuciiśmy co najmniej drugie tyle. No, ale trzeba się na coś zdecydować - albo wyniki, albo wyznaczanie nowych trendów w niełatwej sztuce zawalania przebiegów.

(takie schodki i okolice. Wszystkie zdjęcia ze strony organizatora)

   O innych kategoriach nie piszę - tam pewnie rozgrywały się nie mniejsze dramaty. Z naciskiem na męską elitę, która wyniki wyglądają, by tak rzec, zjawiskowo... Aha - jedno pocieszenie na koniec. Chyży gość z końcówki trasy to był TEN Rafał Wójcik - co w jakiś sposób tłumaczy sekwencję wydarzeń. Chociaż nie tłumaczy wcale, dlaczego się w ogóle spotkaliśmy w tamtym miejscu i tamtym czasie. To wie tylko Bob.