Syte wyniki, syte relacje z Silesii!

  "Strata zrobiła się przeogromna. Masowe mijanie. Jeden, drugi…i chyba do 30 zespołów się naliczyłam. No, to jedziemy dalej. Ciekawe, jak długo? Do kajaczków się udało. Bardzo sprawnie po meandrującej smródce. Pod badylami, kłodami."- to tylko fragment intrygującej całości! W miniony weekend w Kuźni Raciborskiej nasi czempioni zdominowali Silesia Race -  a potem się rozpisali na ten temat. W kwestiii formalnej - na krótkiej trasie AR Karola Pacek i Darek Bogumił wygrali. Na długiej trasie AR - Maciek Pońc i Piotrek Pilak zajęli 2. miejsce. Na trasie rowerowej Łukasz Senderek był trzeci. I na dodatek jeszcze Iro Waluga (wprawdzie, pod innym szyldem) 4. na długiej AR. Sukcesów masa, to i relacji sporo. Najpierw ekspresowa Maćka (dłużej napierał, to mniej sił na pisanie, co oczywiste) - a potem dwugłos naszych wygrywców, czyli Karoli i Darka. Polecamy bardzo!
 
 Nareszcie prawdziwe rasowe rajdowanie . Przez 160 km praktycznie nie wychodziliśmy z lasu. Punkty bardzo czujne i wymagające . Zmiany map i skali ( bno,zdjęcie satelitarne , turystyczna) .Częste chodzenie na azymut i po chaszczach Uśmiech . Brak zadań specjalnych które wypaczają prawdziwą rywalizację na rajdach przygodowych ,tylko weryfikowano to co umieć powinien zawodnik Adventure Race. Częsta zmian dyscyplin . Jeden przepak przewożony dwa razy w kajaku . I wisienka na torcie czyli nocny odcinek kajakowy – wąska ,bardzo meandrująca rzeczka co kilkaset metrów pozagradzana zwalonymi drzewami – prawdziwy kajako-cross w wersji szuwaringowej Uśmiech.
Na starcie wiele mocnych ekip nie tylko ze śląska i ciągła rywalizacja do samego końca( 5 ekip walczyło w odstępie do 40 min ) . Reasumując - 17 godzin fajnego , sportowego napierania jak za dawnych czasów.Brawo Marcin Franke Uśmiech

(Napinka przedstartowa. Napinają się Maciek i Iro)

W końcu

Stopa mnie boli. I w końcu wystartowaliśmy na krótkiej trasie. Darek specjalnie nie był pocieszony. Ale jak mam być sprawna na starty jeszcze w tym roku, to może dość. I dobrze, bo zakładane przez nas limity na długasie, to raczej +5 godzin by były. Prolog. Losowanie kością. Krzyż na dłoni. Krzyż na drogę.

Jako urodzony szczęściarz sam rzuciłem kostką. I udało się, wygrałem krzyżyk! Godzinę później okazało się, że nagrodą jest przymusowe internowanie na szczelnie ogrodzonym orliku i możliwość obserwowania zza krat jak inni radośnie biegają po okolicy....

I oczywiście mi przypadło latanie z ortofotomapą po punkty. Czyli 5 minut w plecy. Trzeba było mieć szczęście w znalezieniu swoje mapy. I tak nie wyszło. Kolejki. Jakoś wstyd było z łokcia, bo wszyscy widzą przecież. Potem na rower. Pierwszy punkt gładko poszedł. A do drugiego to już nie dojechaliśmy, bo opona Darka nie podołała. Się rozcięła. Tu lekcja. W jakim celu zawieszamy numery startowe przy kierownicy? Żeby mieć skąd czerpać zipy dla zabepieczania opony. I apteczkę też trzeba brać. Na opatrzenie ran oponnych bandażem (podobno też daje radę). Strata zrobiła się przeogromna. Masowe mijanie. Jeden, drugi…i chyba do 30 zespołów się naliczyłam. No, to jedziemy dalej. Ciekawe, jak długo? Do kajaczków się udało. Bardzo sprawnie po meandrującej smródce. Pod badylami, kłodami.

Pięknie, ciepło, złota jesień. Do tego zakręty na rzeczce tak gęste, że nie ma gdzie się rozpędzić, więc nie ma sensu wiosłować. Powalone drzewa i nieliczne mielizny urozmaicały tylko ten relaks. A woda była tak przyjemna, że w sumie szkoda, że tym razem nie udało mi się przewrócić kajaka.

Tak to mniej więcej wyglądało (fot. ze strony orga)

O tyle trudno było, bo płytko. Ale finalnie ręka poczaplinkowa podołała. Dopływamy do przepaków, a tam zwałowiska plecaków i toreb. Blisko 60 drużyn w końcu na trasie startowało. Rozmiary obcych plecaków niczym przygotowania na Syberię jakąś. Darek masz mapę? Dziwnym trafem nasz każdy wspólny start rajdowy robimy na jednej, bo druga się gubi bądź moczy nieużywalnie.

Życie jednak nie jest sprawiedliwe: ja mapę zgubiłem, a mimo to, to Karoliny kontakt z mapą na rowerze został ograniczony do przewracania jej w moim mapniku, gdy podbijałem kartę. Dzięki!

Pieszy odcinek był niezwykle atrakcyjny, bo i trasą wąskotorówki żeśmy częściowo lecieli. W trakcie okazało się, że nawet całkiem czynnej.

Takie mieliśmy zadanie specjalne podczas tego etapu. Akurat extrimy na zdjęciu. (fot. ze strony orga)

Któryś tam kolejny pieszy punkt. Zakole smródki. Lampionu brak. Tutaj dogoniliśmy w końcu czub. Chyba ze 20 minut poszło na szukanie. Dzwonimy, że męczymy się i nie ma. Każą jakiejś zielonej kropki na pniu drzewa szukać. Nie ma, nie ma i nie ma. Ten czub, to sobie odpuścił. Ale zacięcie marszowe się przydało. Bo żeśmy pierwsi znaleźliśmy (historia tego punktu co najmniej dziwna była. Raz on się był. A raz nie w trakcie całych zawodów. Miejscowi rybacy, to całkiem długie linki mieli. I lampiony łowili.

Gdyby ktoś nie wierzył. To o taką kropkę (nasza dowodowa) chodziło. Z prawej strony.

To chyba w końcu pierwsi jesteśmy? Bo jak na razie to jedyni komplet mamy? No ale trzeba sprawdzić jak tam rower żyje. Przeżył na kolejnym odcinku rowerowym wspaniale. Perspektywa 35 km z buta wydawała się jakoś niezachęcająca. Mimo tego słońca nawet.

I takie były przejścia z rowerami. Szczególnie doznania w espedach.

I finito rowerów. Wymarsz na trek. Na pewno nie byliśmy pierwsi tutaj. O! I znalazła się mapa w czeluściach plecakowych. Te 15 km, to robliśmy prawie 3 godziny. Ja wiem, że mocno nie biegam. Ale w tej części, to chyba jakieś zaburzenia były. Oprócz tych moich biegowych. No ale do rzeczy, bo po drodze to dwa zadania były do zrobienia. Pierwsze to latanie i szukanie punktów po bunkrach.

W regulaminie było napisane, że w wyposażeniu obowiązkowym ma być czołówka. Odhaczone. Ale dlaczego nie było ani słowa o bateriach??? Gdy baterie spokojnie leżały w bazie, w bunkrze musiało wystarczyć światełko z komórki.

A drugie linowe w dwóch formach.

Pierwsza Darkowa. Darek miał dużo czasu na trasie, bo innym robił zdjęcia. Oczywiście prócz wykonywania zadań.

I drugie linowe. Nawet ja załapałam się na fotkę linową. Przejście z drzewa na bunkier.

Piękne lasy. I te pozostałości po pożarze też. Tereny pod rowerowe maratony doskonałe. Mapy dobre (na podstawie obserwacji jakiejś ćwierci). Piękna prawie organizacja. Prawie, bo na mecie była grochówa z kiełbasami. Czyli mogłam sobie bułkę zjeść tylko. To w przyszłym roku start na EXTREME tylko bez mięsa? Bo bardzo fajnie było w końcu.

Grochówka była bardzo dobra. Zdecydowanie jestem za tym, aby na rajdach były tylko potrawy mięsne, szczególnie kiedy partnerka jest wegetarianką. W końcu co dwie porcje, to nie jedna.

Komentarz jednego zespołu jest chyba dobrym podsumowaniem naszego występu: Jesteśmy wielce zaskoczeni, że wygraliście :)

W końcu organizarorzy oddali nam nagrody. I w końcu wygraliśmy. I nawet z czysto męskimi zespołami. W końcu wyśmienicie spisuję się w roli blokera :)

A ja mistrza przepaków.