Krajna okiem czempiona

  Sezon ruszył. Jeszcze trochę padało (nawet śniegiem), jeszcze zimno i błotno - ale rady, takie bez nart, odpaliły. Kto pierwszy, ten lepszy - zatem Kuba Wolski, nie czekając nawet na kalendarzową wiosnę, przeprowadził Krajnę AR - czyli niekiepski wielce wyścig dwójek na pograniczu Wielkopolski i Pomorza. Tym razem nie było za łatwo, bo warunki i trasa troszkę odsiały towarzystwo. Zresztą - o tym wszystkim można sobie poczytać w relacji Korka, czyli Kornela Jaskuły, który w uroczym towarzystwie Ani Tkaczuk opędzlował na Krajnie miksty. Oto i donos na temat:

  Od początku: Spóźniliśmy się na odprawę i możliwe, że umknęło nam kilka ważnych wskazówek od Kuby. Przepaki skompletowaliśmy na szybko czyli jak zwykle intuicyjnie. Na 45 minut przed północą zapakowali nas do autobusu i przetranspontowali na miejsce startu. To co się wydarzyło potem można krótko opisać tak: równe, nie za szybkie tempo; brak większych wtop nawigacyjnych; twarde, pokazujące pazur warunki pogodowe; nieubłagany limit czasowy. W rozszerzonym opisie z podziałem na poszczególne etapy:
1) BnO (11 km) - stałe PK w lesie. Kuba nie powiesił lampionów więc kto nie trafiał w punkt ten tracił. brak mostka w oznaczonym miejscu zweryfikował warianty. Nie goniliśmy za bardzo, dzięki temu wszystko na świeżym umyśle weszło idealnie, fajny, ciekawy, zróżnicowany teren idealnie wpasowuje się w propagowanie idei stałych PK. Zdziwiliśmy się, gdy na koniec odcinka powiedziano nam, że żadnego mixa przed nami nie było.
2) Rolko (30km) Trekking (3km) - ten etap miał dwa oblicza, pierwsza część (15km) szybka i płynna, druga beznadziejna. Najgorszy asfalt w jakim jeździłem na rolkach -  asfalt z zatopionym żwirem. Nie dało się nie klnąć na asfalt i orgów. Na szczęście wiele ekip wybrało ten sam wariant i utrzymaliśmy pozycję.
3) BnO (7 km) - lepiej zapomnieć. Mapa warstwicowa z geoportalu i gęsta rzeźba terenu. Dwie dołujące wpadki. lepiej zapomnieć.
4) Rolko (ok 15 km) Trekking (ok 11km) - ładny asfalt, kilka wariantów. Zostawiliśmy na koniec ok 5 km trekkingu. Anka wpadła na pomysł żeby nie nieść już tych rolek, porzuciliśmy je więc w rowie. Dobra decyzja pozwoliła nam oszczędzić balastu.
5) Kajak (23 km) - O matko. Co tam się działo. Deszcz zaczął lać już na przepaku. Lać tak, że zanim wsiadłem do kajaku byłem cały mokry. Tak mokry, że jak podnosiłem rękę przy wiosłowaniu to po skórze ręki, aż do brzucha, spływały mi krople deszczu. Potem było tylko gorzej. Temperatura spadła i momentami padał śnieg z deszczem. Wyziębieni na maksa musieliśmy wielokrotnie stawać i rozgrzewać zmarznięte kończyny. Etap zajął nam prawie 4h. Sama rzeka cudowna, łatwa, miejscami szybsza, miejscami wolniejsza.
6) Bno (9 km) - stałe PK  - I znowu łatwy i przyjemny teren. Przebrani i rozgrzani pokonaliśmy etap raczej w tempie spacerowym momentami tylko biegając.
7) Rower (59 km, z czego my zrobiliśmy jakieś 45 km)  - zaczęliśmy z planem zrobienia całości, bo przecież mieliśmy jeszcze prawie 6h do limitu, a to rower czyli najszybsza dyscyplina. Początek nie zapowiadał tragedii. W miarę płynnie zrobione bonusowe PK. Ale kiedy zapadł zmrok sytuacja diametralnie się zmieniła: zaczął wiać wiatr i zacinało śniegiem - oczywiście w twarz (ewentualnie w profil). Można sobie wyobrazić stan naszych ciał. Nie byliśmy w stanie zmieniać przerzutek czy naciskać hamulca, a co dopiero używać perforatorów. PK nr 16 to osobna historia. Błoto po kolana, pchanie roweru przez pole. Inne ekipy łamały tam haki bo próbowały jechać. Ja odpuściłem jak hamulce i korba zaczęły wydawać dziwne odgłosy. Pamiętam to uczucie kiedy podbijałem punkt - czyste szczęście. Niestety limit zbliżał sie nieubłaganie i trzeba było podjąć decyzję o skróceniu trasy. Dojechaliśmy do kolejnego odcinka ze stałymi PK (tym razem rowerowymi) i zaliczyliśmy tylko te, które znalazły się niedaleko naszego przelotu, czyli 5 z 11. Na koniec zostały 3 punkty z których zgarneliśmy jeden.

Tylko 5 zespołów zaliczyło całą trasę, 4 się wycofały. Ponad połowa ekip odpuszczała części bądź całe etapy.  Na wyobraźnie może podziałać też fakt, że wygrywcy potrzebowali ponad 19 godzin, czyli skonczyli niecałe 5 godzin przed limitem.

(a tu wygrywcy mikstów na schodkach)

Nie ma co chwalić orgów za perfekcyjną organizację, fajny teren, mnogość wariantów, gdyż te poprzeczki przeskoczyli już w poprzednich swoich rajdach.
Będę miło wspominał ten czas spędzony w okolicach Złotowa. Na pewno tego nie zapomnę. Jeśli Kubie i ekipe chodziło o taki efekt to osiągnięty został w 100%. Nie mogę się już doczekać przyszłorocznej edycji.