Adventure Trophy; refleksje weteranów

  No, nie wiem, czy się Maciek z Piotrkiem nie obrażą - ale w sumie raczej zawyżają średnią wieku na rajdach. A Maciek liczbą startów mógłby obdzielić pewnie pół stawki uczestników, więc umówy się, że ten weteran - to taki po prostu doświadczony, a nie żaden dziadek.

 Skoro mamy to ustalone, czas przejść do lektury. Rajd długi, ale czyta się szybko i przyjemnie...

...Z zasady, odkąd startuję w AR - czyli od 1999 roku - nigdy nie startowałem w okresie wakacji. Taka moja fanaberia, ale gdy zobaczyłem nazwę "Adventure Trophy" to sentyment zadziałał i ani chwili się nie zastanawiałem. Przecież od tego się wszystko zaczęło – pierwsze dwudniowe zawody, potem niewyobrażalny dla nas wtedy dystans 250km non-stop i odkrywanie tego, co dla nas jeszcze nieznane.
Bardzo się ucieszyłem, że ktoś postanowił wskrzesić legendę, a jak biorą się za to osoby które startowały na MŚ - to czułem, że będzie ciekawie trudno i profesjonalnie.
Patrząc przed startem na rozpiskę dyscyplin, mnogość ciekawych zadań oraz profil trasy miałem nieodparte wrażenie, że będzie jak kiedyś.
 
 
Lista startowa zapełniała się samymi mocnymi ekipami ( dawno już nie było tak mocno obsadzonych zawodów )
Wszystko zaczęło się na Forcie Winnica pod Krakowem. Na początek dwa odcinki biegów na orientacje na dokładnych mapach w trudnym terenie – fajne na rozbicie stawki zawodników. Lasy w tych okolicach są bardzo zaniedbane, powiem szczerze - dawno nie widziałem tak dzikich terenów. Po wydostaniu się z lasu czas na pływanie w kanale co przy panującym upale 32 stopnie było jak kąpiel w szampanie na wspaniałej imprezie. Trzy punkty do podbicia w wodzie i docieramy do ciągu zadań linowo -wodnych – zjazd do wody z mostu a następnie atrakcja zawodów , spływ wpław po torze do kajakarstwa górskiego z prędkością 15 m/s Uśmiech.
 
 
Po tych przyjemnościach wkładamy rolki i zasuwamy 12 km wzdłuż Wisły po ścieżce rowerowej – 25 km /h nie schodzi z licznika. Rolki na każdym rajdzie to naprawdę frajda i fajny przerywnik w ciężkim napieraniu. Kończymy rolki i kolejny etap biegu na orientację a po drodze zadania alpinistyczne, eksploracja podziemi i marsz na azymut; fajne bo cały czas poza łydką musi pracować też głowa. Upał nie słabnie, wręcz przeciwnie - więc po wejściu do podziemi gdzie temp. oscylowała koło 9 stopni, odkrywamy na nowo sens takich zadań specjalnych  Uśmiech
Wracamy do Fortu Winnica, czyli tam, gdzie się wszystko zaczęło . Żeby móc odebrać rower i ruszyć na dalszy etap musimy pokonać most linowy nad fosą fortu oraz samodzielnie wydostać się z fortyfikacji i wyciągnąć rower z.. fosy Uśmiech
Zaczynamy rower – dwadzieścia parę kilometrów w miarę łatwo nawigacyjnie, pagórkowatego terenu i jesteśmy na kolejnej atrakcji tego rajdu – 10 km biegu na orientację w terenie bardzo nieprzyjaznym dla człowieka. Przed startem porównywano tę próbę za słynnym Heluszem z zawodów w Przemyślu ale moim zdaniem Helusz wygrał i to zdecydowanie – co nie zmienia faktu, że bieg ten robiliśmy 2,5 h. Podążając – a jakże - za Marcinem Krasuskim, przed którego umiejętnościami nawigacyjnymi po raz kolejny chylę czoła !!
No i teraz 70 km roweru. Powiem Wam, że nie pamiętam zawodów, na których etap rowerowy rozstrzygałby o miejscach na mecie, zazwyczaj to treking był etapem który decydował. Tu było inaczej. Pierwsze trzy punkty były ustawione dokładnie tak, jak ustawiał kiedyś Roman Trzmielewski na swoich zawodach  a więc na szczytach gór ale żeby do nich dojechać zawsze trzeba było zjechać do doliny.
Potem wprawdzie zaczęły się przeloty asfaltowe ale reguła sytuowania punktów na wzniesieniach się nie zmieniła. Słuchajcie, pierwszy raz schodziłem z roweru górskiego na podjeździe po asfalcie – pierońsko stromo i długo !!! W dodatku pogoda zafundowała nam dodatkowe atrakcje w postaci pięknej burzy z niesamowitymi wyładowaniami ( 15 min przesiedzieliśmy w przepuście pod drogą Uśmiech
Dystans 70 km robiliśmy w 8 godz !!! Justysia, która wytyczała rower ( serdecznie ją z tego miejsca pozdrawiam ) pojechała Romanem po całości !!! ... i dobrze bo na rajdzie ma w końcu boleć i masz go zapamiętać Uśmiech
Po dotarciu do przepaku gdzieś pod Zawoją zjedliśmy po dwie kiełbasy z grila , pyszne ciasto , kawa i herbata oraz z mojej inicjatywy 15 min drzemki w super wygodnych leżakach w bardzo miłym towarzystwie obsługującym ten punkt ( bardzo dziękujemy i cieszymy się ze są jeszcze ludzie z pasją !!! )
Podładowani i wypoczęci ruszamy na 22 km trek w trudnym górskim terenie z czujną nawigacją. Po ok 4 godz docieramy do rowerów i zasuwamy w stronę etapu kajakowego, zaliczając po drodze kilka punktów. Po prawie 27 godz. napierania docieramy do ostatniego etapu – kajak po Wiśle 20 km. Na mecie jesteśmy po 29 godz. ścigania ( zazwyczaj zawody 200 km robiło się w max 22 godz !!! )  
Okazuje się ze zajmujemy 4 miejsce  ( Czesi by powiedzieli że zdobyliśmy “ bramborovou medajlu” )– troszkę szkoda, bo do trzeciego tracimy ledwie 6 min., no ale zważywszy na fakt, że przed nami jest mistrz orientacji Marcin wraz z Arkiem Dziewiorem – mocarzem co się zowie , to wstydu nima Uśmiech
Reasumując całą imprezę, można by przytoczyć nazwę jednego z czeskich zespołów rockowych, a mianowicie “ Legeda se vrati”. Myślę że ekipa Maćków , Irka i Justyny podąża właściwą ścieżką i za rok mogą wyjść naprawdę fajne czwórkowe – kultowe – zawody. Liczę na to i trzymam kciuki ... tylko czy frekwencja dopisze ... ale to jest osobny temat na pogaduchy przy piwku .
 
 
Zdęcia autorstwa Magdy Gruziel – przesympatycznej i mocnej babki Uśmiech