Szybciej - dalej

  W olimpijskim motcie było jeszcze "wyżej", ale akurat w tym wypadku słówko to nie znajduje zastosowania. A chodzi o sympatyczne skądinąd zawody, czyli Orientiadę, w której udało mi się ostatnio wystartować. I - jak się okazało - człowiek uczy się, także nawigacji, przez całe życie. To były chyba pierwsze zawody, podczas których w żadnym wypadku nie należało kombinować z własnymi wariantami, ciąć na kreskę czy nawet delikatnie skracać. Nic z tych rzeczy; tam "szybciej" znaczyło "dalej" - i nic na to się nie dało poradzić.

  Nie byłoby tu zresztą o czym pisać (podejście było raczej treningowe, objawiające się m.in. kilkuminutowym spóźnieniem na start) - ale ubawiłem się setnie, czytając, jak z tych samych powodów frustrował się Hubert Puka. To znaczy - nie bawiła mnie jego frustracja, tylko okoliczności; zgoła podobne. Tylko, że Hiu startował na 50 km - ja na 25. Ale uczucie to samo; urywam na jakimś asfaltowym przelocie dwóch rączo biegnących rywali, są ze 3 minuty przewagi, chcę dołożyć kilka kolejnych na cwanym wariancie przez las... I znowu ich gonię. Z zawodów w Mrozach wyciągamy zatem tę naukę, że akurat w tych okolicach do celu prowadzą zazwyczaj najprostsze środki.