Epopeja o zwycięskich Konwaliach

 Mamy to! VIII Rajd Konwalii przeszedł do historii - także, jako jeden z dłuższych i wilgotniejszych wuefów w ostatnich latach. Oswajanie uczestników z trasami, które pokonuje się w więcej, niż kilkanaście godzin, trwa. I dobrze; dla wzmożenia apetytu na takie przygody proponujemy lekturę skromnie ilustrowaną. Będą to zapiski Korka Jaskuły, który wraz z Anią Tkaczuk ukończył całą, długą, trasę. Byli jednym z trzech zespołów - i jedynym miksem - któremu się to udało, więc uprasza się o szaconek - w końcu to zwycięzcy... A jak to było? Ano - tak...

 Z Anką od dawna marzyliśmy o takim dłuższym rajdzie, takim z długimi przelotami, z trasą ponad 250 km, z czasem ponad 30 godzin. Zazwyczaj te rajdy organizowane były dla zespołów czteroosobowych, a my nie do końca czujemy potrzebę stratowania z kimś innym (nie to, że nie lubimy innych, ale po prostu za bardzo lubimy startować sami ze sobą). W końcu 2017 rok wrzucił do kalendarza dwa takie rajdy: Adventure Trophy i Rajd Konwalii. Na pierwszy nie było nam dane pojechać, przez co oczywistym wyborem był start u znanych i lubianych organizatorów. Do Czaplinka zajechaliśmy w czwartkowy wieczór, w samą porę na odprawę, na której dostaliśmy komplet 8 (ośmiu !?) map - 5 głównych w skali 1:50000 obejmujących wszystkie etapy oraz 3 dokładne do etapów bno i rjno. Razem do podbicia były 52 punkty kontrolne na zakładanej przestrzeni 300 kilometrów. Po zdeponowaniu przepaków i rozrysowaniu przebiegów zaserwowaliśmy sobie 5 godzin snu. Start o świcie (7 rano) zebrał 20 zespołów.

(Pełni wiary i optymizu. Jeszcze)

ROWER 95 KM: Na rozerwanie stawki miły etap RJnO - po pierwszym PK zobaczyłem, że inni nie do końca odnajdują się na precyzyjnej mapie, co spowodowało, że moje autorskie warianty się sprawdziły i wyjechaliśmy z lasu na pierwszej pozycji. Szybko jednak dogonił nas Łasuch z Marysią, potem Łukasz Grabowski z Michałem Waszakiem oraz Staszek Ritter z Patrykiem Grochowalskim, wszystkie te ekipy o niebo lepiej radziły sobie z szybkimi przelotami na rowerach. Dodatkowo Ance zerwał się łańcuch, a ja bojąc się o jakość dróg w lasach wybierałem bezpieczniejsze przejazdy afaltami, które nie zawsze opłacały się czasowo. Na przepaku czekało na nas 15-to minutowe (całkiem przyjemne) zadanie specjalne w parku linowym.

TREKKING 8 KM: szybki dobieg do rowerów z przejściem przez Dobrzycę. Udało się zanurzyć tylko po pas więc nie tak źle. Na koniec wizyta w sklepie, w którym przypomniałem sobie uroki zakupów na wsi. Pani przede mną w kolejce kupowała wszystko co się da bo przecież jest sobota i trzeba zrobić zakupy. Łącznie straciłem tam 15 minut patrząc jak ekspedientka kroi polędwicę sopocką, dzwoni do właścicielki spytać po ile czosnek, doradza w zakupie papierosów, przyjmuje dostawę chipsów.

KAJAK 25 KM: Najlepszy odcinek rajdu. Jeśli kiedykolewiek ktoś będzie miał okazję spływać Dobrzycą to niech się nie zastanawia tylko wskakuje w kajak. Mnóstwo przewalonych drzew, ale praktycznie żadnych przenosek, wszystko przygotowane tak, że kajak się zmieści. Albo da się przepłynać (pod/nad) albo końcówka drzewa jest odcięta i kajak się zmieści przy brzegu. Kudosy dla organizatorów za znalezienie tego fragmentu rzeki. Śledziłem na mapie odległosci od mostu do mostu i uwagę moją przykuł fakt, iż dwóch mostków nie było fizycznie w terenie, natomiast jeden z nowych nie był naniesiony na mapę. Tą anomalię skrzętnie wykorzystaliśmy na następnym etapie.

TREKKING z bonusem 29 KM: Pierwszy etap z punktem bonusowym, który znajdował się na 20 letniej mapie do BnO. Tutaj rozpiszę się więcej bo i jest o czym: Zaczęło się od szybkiego przelotu przez PK 12. Do PK 13 również było szybko dzięki mostkowi zapamiętanemu z wysokości kajaka. Na pierwszy PK na dokładnej mapie też trafiliśmy bez problemu i potem wybraliśmy wariant przez bagna, było to 25 minut przeskakiwania z kępy na kępę. Na szczęście wcześniej ten wariant wybrali też Marysia z Łasuchem więc wiedzieliśmy od razu gdzie warto, a gdzie nie warto się pakować. Potem nastąpiło zaćmienie, próbując nawigować z PK H do I nie wiedzieć czemu wylądowaliśmy praktycznie na drugim końcu mapy tracąc po drodze mnóstwo czasu na kręcenie się w kółko. Nie było wyjścia musieliśmy zmienić kolejność i przekroczyć Dobrzycę, na mnie pierwszego padło więc nie namyślając się wskoczyłem do rzeki. Końcowe kilka kroków pokonałem zanurzony po szyję. Anka zwątpiła i wyraziła jasno sformułowany protest: "Chyba oszalałeś. Nie przejdę!", na co ja powiedziałem "Jak nie przejdziesz to kończymy rajd." Anka zrozumiała, że nie ma wyjścia i znalazła miejsce w którym woda sięgała jej gdzieś między pasem a szyją. Punkt bonusowy dostarczył dodatkowych emocji. Mając na uwadzę swój błąd nawigacyjny sprzed chwili nie ufałem już intuicji tak bardzo jak na początku. Według mapy dojście do PK prowadziło przez łąki, tymczasem okolica była zarośnięta dużymi drzewami, a do tego stał tam dom letniskowy. Na szczęście Anka nie wątpiła i dopingowała mnie do tego samego. Kolejny PK "J" zaliczony bezproblemowo, a między nami a kolejnym PK znowu Dobrzyca. Tym razem inaczej patrzyliśmy na rzekę gdyż zapadła już kompletna ciemność. Anka stwierdziła, że zbada grunt i jeśli uda jej się przejść kilka kroków bez szwanku to brniemy dalej. Tutaj pojawił się poważny problem bo nie mogła wyczuć gruntu przy samym brzegu. Cofneliśmy się więc i wybraliśmy wariant przez istniejący most. Na deser jeszcze dwa PK na głównej mapie, z czego jeden bardzo ładnie położony po drugiej stronie bagna (sic!).

ROWER z trzema bonusami 105 KM:
Noc już w pełni i zmęczenie daje o sobie znać. Na przystanku autobusowym decydujemy się na 30 minut drzemki. Niewiele to pomaga ale zaliczamy dwa PK. Niemniej krysyz się nasila i o świcie decydujemy się na sen w ambonie. Ze zmęczenia zapomnieliśmy wyciągnąć folię NRC i spaliśmy nie przykryci, zapomnieliśmy też nastawić budzik. Na szczęście brak folii spowodował, że obudziliśmy się sami (z zimna). Okazuje się to zbawienne dla naszego samopoczucia (sam sen, a nie fakt zapominania o wielu rzeczach). W Ankę wstępują nowe siły co kończy się kolejnymi dwoma zerwaniami łańcucha. Za trzecim razem skracamy łańcuch o felerne oczka i nie wracamy już do tego tematu.

TREKKING z bonusem 48 KM:
Przepak przed trekkingiem pomógł nam skończyć rajd. Na nim pojawił się Łasuch i Marysia z wiadomością, że zeszli z trasy w nocy. Problemy żołądkowe skutecznie przeszkodziły im w kontynuowaniu. Dodali nam mega dużo energi i natłukli pozytywnego myślenia do głowy. W większości dzięki tej rozmowie zdecydowaliśmy się na zaliczenie dodatkowych ośmiu kilometrów po bonusowy PK. Zaraz po starcie minęliśmy Łukasza i Michała (zwycięzców rajdu) którzy właśnie kończyli. Do znajdujących się na drugim miejscu Staszka i Patryka traciliśmy około 4 godzin. Ten etap zapamiętam przede wszystkim dzięki tysiącom komarów latających przy bagnach na mapie do BnO. Podbijając punkt miało się wrażenie roju który obsiadał człowieka i nie pozwalał się ruszyć. Kilka razy doszło do tego, że komar wleciał mi do oka czy nosa. Założyliśmy zrobienie etapu w 8 godzin i tyle dokładnie nam to zajęło. Skutecznie od początko do końca trzymaliśmy tempo to truchtając to idąc. Byłem w szoku patrząc na biegnącą po tylu godzinach Ankę. Ona sama nie rozumiała do końca dlaczego jej organizm na to pozwala, dlaczego się nie buntuje. Dlaczego mimo tylu godzin wysiłku znajduje energię na przyspieszenie ruchu. Temat prawdopodobnie zbadany już przez niejednego rajdowca, ale dla nas była to nowa sytuacja. Motywowaliśmy się do biegania myśląc o tych, którzy patrzą na kropkę przesuwającą się po ekranie i o tym, że nie możemy za długo iść bo głupio to będzie wyglądać. Po przeprawieniu się pontonem przez jezioro usłyszeliśmy, że Staszka i Patryka jeszcze nie było. Co oznaczało dla nas awans na drugą pozycję. Jak się później okazało chłopaki doznali klasycznego zaćmienia kilkukrotnie całkowicie gubiąc się w lesie. Całość zajęła im 14 godzin i rzutem na taśmę udało im się skończyć cały rajd.

ROWER z bonusem 20 KM:
Największą wątpliwością przed tym etapem był stan naszych pośladków. Każde z nas miało wielkie obawy czy damy radę siedzieć na siodełku. Anka dodatkowo na końcówce trekkingu obiła kość śródstopia i narzekała przy każdym kroku na ból. Przez to stawania na pedały też nie wchodziło za bardzo w grę. Na szczęście, ku naszemu zaskoczeniu, nie było żadnego problemu. Czułem się błogo siedząc i pedałując na rowerze. Do limitu mieliśmy prawie cztery godziny więc nie zastanawiając się pomknęliśmy też po bonusowy PK. Na metę dojechaliśmy po 37 godzinach i 40 minutach pokonując prawie 330 kilometrów.

(Meta. Izotoniki w rękach naszych bohaterów i fotografie w tym tekście zafundowali organizatorzy)

Było do świetne przeżycie, najdłuższy rajd w naszej historii, przejechaliśmy na rowerach największy dystans, Anka zrobiła prawie 50 kilometrów pieszo w jednym ciągu (w ogóle przy tym nie marudząc). Największym zaskoczeniem był fakt, iż na mecie wylądowaliśmy na drugim miejscu, a Anka była jedyną kobietą która pokonała całość trasy ze wszystkimi bonusami.