Rajd Liczyrzepy - relacja tryumfatora!

  Być może komuś umknęło, ale w miniony weekend odbył się - między innymi - Rajd Liczyrzepy. Na starcie stanęła trójka zawodników Teamu 360, która następnie w komplecie zameldowała się na podium. łukasz Senderek wygrał trasę rowerową 100 km; Magda Gruziel-Słomka była druga wśród pań na 200 km, zaś rywalizację na tej trasie wygrał Paweł Słomka! Gratulujemy - zaś tym, którzy chcą wiedzieć, jak się to robi - polecamy relację Pawła.

 
Od jakiegoś czasu często wracamy (ja i Magda) w Sudety, a ostatnio szczególnie w okolice ziemi kłodzkiej. Jak tylko usłyszałem, że rajd Liczyrzepa będzie tam gościł, to wiedziałem że musimy tam pojechać. Zapowiadało się solidnie: 200 km rowerem po górach, 15 godzin limitu do tego 2h limitu spóźnień, i znając organizatora, z niełatwą nawigacją. Do tego doborowe towarzystwo współzawodników walczących z trasą i mamy gotowy przepis na udaną imprezę. No i jak można zapomnieć o noclegu. Gleba? W żadnym przypadku. Pełna kulturka w schronisku. Można się wyspać, jeśli tylko się nie zabalowało za długo.
No ale nie na samych przyjemnościach impreza polegała. Wróćmy do obowiązków. Start o 7:00, rozdanie mapy na pięć minut przed, 35 punktów do zdobycia. Wariant ustalić było niełatwo. O 7:00 oczywiście nikt nie ruszył, wszyscy myślą. Dobre kilka minut jeszcze minęło zanim ktoś wsiadł na rower. W końcu to góry, przewyższenia trzeba uwzględnić. Do tego punkty porozrzucane złośliwie dość. Po części w Czechach reszta w Polsce. Polska część zdecydowanie trudniejsza, za to w Czechach sporo knajp do zaliczenia. Nie obowiązkowo oczywiście.

(fotografie z fb organizatora)

Jak się już wystartowało wcale łatwiej nie było. Punkty pochowane, ale takie jak lubię: zawsze stał zgodnie z mapą. Mapa, jak to mapa, czasem nie pomagała swoją dokładnością, głównie ze względu na wiek, ale jak już się znalazło punkt, to nie było wątpliwości że dobrze stał. Zresztą znalezienie jakiegokolwiek wymagało sporej ilości zdolności nawigacyjnych. Jeśli punkt był dość oczywisty, na przykład bunkier, to tych bunkrów w okolicy punktu było kilka. A ten którego szukasz jest tym najmniej widocznym. A jak już punkt był mniej oczywisty, to najczęściej solidnie schowany, tak że przypadkowe znalezienie było praktycznie niemożliwe. 
Do tego całkiem trudne tereny. Ale za to pejzaże jakie piękne. Szczególnie przewyższenia zrobiły swoje. Sudety są dość solidnie poprzecinane szutrami, a po czeskiej stronie nawet asfaltami, a jednak sporo było niełatwego terenu. Na szczęście nie dużo. W końcu to 200 km, a limit nie jest z gumy.

No właśnie. Jarek Wieczorek, czyli budowniczy trasy, przewidział zwycięzców na 14 godzin. Jak to wyliczył nie wiem, ale po 8:30h i 100 km stwierdziłem że to na pewno nie było o mnie. Szczególnie że na trasie do tego momentu było bardzo spokojnie. Braci ściganckiej ani widu ani słychu, za to całkiem dobrze punktów się szukało. Nie bez oporów, ale całkiem znośnie. Cała zabawa zaczęła się po stronie czeskiej tuż po przekroczeniu 100km. Kilka osób jechało w drugą stronę, najpierw śmignął Zbyszek Mossoczy, potem napatoczył się Paweł Brudło z piwem w ręku, oferując kolejne. Podziękowałem. Szczególnie, że jak się okazało po krótkiej rozmowie, całkiem dobrze mi szło. Na końcu spotkałem jeszcze Grzesia Liszkę i dość zmęczoną nawigacją żonę :P. W tym miejscu można by skończyć opowieść, bo dalej już było znacznie gorzej. W skrócie: goniąc jadących przede mną złapałem gumę, żeby następnie, na najprostszy do znalezienia punkt na szczycie góry, nieść rower lasem zamiast przyjemną szutrówką. A następnie stracić sporo czasu na punkt, którego już w tym czasie nie opłacało się brać. Szczególnie że mapa znacznie się pogorszyła, zresztą dokładnie jak moja nawigacja. Nastał zmierzch, a moje światełka raczej słabe. Takie żeby widzieć na symboliczne 5 metrów do przodu.
Motywacja gdzieś zanikła, nic nie widzę a do tego do mety solidny podjazd. Nie mówiąc że jeszcze 4 punkty i kilka minut do miękkiego limitu. Byłem bliski żeby zadzwonić po taksówkę... Udało się bez. Po drodze zaliczam jeszcze na szczęście całkiem prosty punkt a resztę zignorowałem. Na mecie byłem 1h przed twardym limitem. Pozostali praktycznie do samego limitu szukali punktów, a niektórzy nawet i na limit nie zdążyli. Okazało się że nikt nie zrobił całości, wręcz całość ta była całkiem odległa. Pretendent Paweł Brudło zatrzymał się jeszcze na kilku piwkach, co dość skutecznie pozbawiło go wygranej. Pozostali albo przyjechali znacznie później ode mnie łapiąc sporo punktów za spóźnienie, albo mieli odrobinę mniej punktów. Ostatecznie udało się wygrać, ale w czołówce ciasno. Na drugim Krzysztof Szawdzin, który wyprzedził trzeciego Łukasza Mirowskiego na ostatnich kilometrach.
Podsumowując: dla mnie impreza bardzo udana. Bardzo takie lubię: trudne, dobrze zorganizowane i z piwem na mecie. Polecam każdemu, następna edycja zimą i wiosną następnego roku. Warto odwiedzić.