Większość była w błędzie

  Nie trzeba wcale uciekać się do przykładów z tzw. polityki (dowolne wybory) czy tzw. muzyki (popularność, na przykład, artysty Bednarka czy Margaret) by dowieść, że demokracja rozumiana jako racja przyznawana większości to słabiutki system. Gdyby bowiem większość miała rację - wraz ze szczupłym elitarnym gronem współzawodników trafiłbym na kiepskie zawody w nieciekawym terenie, na słabych mapach i banalnych trasach. Tymczasem - Kuyavia Cup, zorganizowany przez Bartka Pawlaka i kolegów, to był kapitalny pomysł na weekend.

  Żeby nie kadzić za długo - poza frekwencją, wszystko tam mi się podobało. Teren - wydawałoby się, prosty - okazał się dość wymagający. Po części - za sprawą bujnej wegetacji (trawy i poszycie wyrosły latoś pięknie), po części - dzięki interesującym trasom, po części zaś - dzięki temu, że punkty nie były stawiane jakoś nachalnie. "Nie biegałem tu rutynowo, na zasadzie, że nie muszę nic dawać od siebie. Tu trzeba było się wysilić i znaleźć taki sposób, żeby wchodzić na te punkty; czasem nawet zwolnić" - tak zeznawał Wojtek Kowalski, któremu chciało się odwiedzić tę imprezę, choć najbliżej nie miał. Oczywiście - teksty o zwalnianiu w ustach Kowala to taki żarcik, czego dowodzą wyniki. Niemniej - bardzo często lampion było widać w zasadzie dopiero na sekundę przed wsadzeniem chipa do stacji. Ale to chyba o to chodzi, żeby wchodzić na obiekty, a nie na lampiony? Chyba, że coś mylę.

(Quiz; wskaż element wspólny dla większości uczestników zawodów. Foto - albo orgowie, albo Glicha?)

  Tak, czy inaczej - Rino&Co wykonali kawał świetnej roboty. Wypada mieć nadzieję, że się nie zniechęcą i w przyszłym sezonie znowu będzie można u nich pobiegać. Co nie zmienia faktu, że kameralny charakter zawodów tez miał swój urok. Zarówno w lesie, jak i podczas popołudniowo-wieczornych zajęć w podgrupach w stylowym ośrodku wczasowym, gdzie nocowaliśmy... Ech, jak to dobrze czasem nie być w większości. Można się załapać na bardzo fajne wczasy.