I po Adwenczerze

 No i po zawodach. Najtrudniejszy w tym roku rajd w Polsce się zakończył - w dodatku szczęśliwie, bo na trasie długiej wygrała polska czwórka (Justyna Frączek, Irek Waluga, Mateusz Talanda i Zbyszek Mossoczy, startujący pod szyldem GymCity bikeBoard). Ta ekipa zostawiła w pokonanym polu nie byle kogo, bo Finów z Multisportu - jeden z najlepszych zespołów w Europie. Czyli - nie był to przypadek, czy też konsekwencja faktu, że nie było się z kim ścigać. Trzecie miejsce zajał AR Team z Ukrainy - ale już bez jednego PK.

  I to jest coś, co mnie zastanawia. Oczywiście - warunki były, oględnie rzecz biorąc, mało sprzyjające. Ulewy nie tylko utrudniały poruszanie się - ale wręcz uniemożliwiały dotarcie na niektóre PK. W związku z tym niektóre punkty - a nawet całe etapy - wyleciały z finalnej rozpiski trasy długiej. Można to sobie spokojnie obejrzeć na transmisji GPS, albo w protokołach obecności na PK. Czyli - z planowanych 400 km zostało, powiedzmy, 350 albo i mniej. Limit czasu się nie zmienił (wynosił trzy doby, czyli 72 godziny). Nie było też informacji o korekcie planowanego czasu dotarcia zwycięzców na metę (około 55 godzin). To było zresztą logiczne - jest trudniej, to skracamy trasę, ale netto powinno wyjść podobnie.

(Mokro? Mokro. Da się? No, pewnie..)

  Czy wyszło? Niekoniecznie, chyba. Zwycięski zespół dotarł na metę po 65 godzinach z okładem. Wychodzi na to, że strasznie się obijali - ale żeby tak namówić do tego również resztę? Kozacy... Druga sprawa - kilka zespołów też pojawiło się na mecie o własnych siłach, ale bez zaliczonych wszystkich PK. Dlaczego? Tu chyba odpowiedzi należy szukać w konfiguracji trasy. Pomysł z rozpoczęciem rywalizacji w Tatrach i zakończeniem w Krakowie był bardzo fajny, ale chyba nie na ten budżet. Nie chcę zaglądać chłopakom do kieszeni, ale nie dysponowali chyba takimi środkami, żeby spokojnie planować rozbudowaną logistykę na takim dystansie. Stąd wiele zespołów już stosunkowo szybko odpuszczało pojedyncze (albo i nie pojedyncze) PK, żeby wzmieścić się w limicie i zdążyć do stref zmian. 

(czempioni ne mecie; fotki z fb orgów - Piotrek Siliniewicz)

 I tu dochodzimy do kwestii podstawowej; dla kogo te rajdy? Podobnie wyglądało to rok temu w Czechach, gdzie organizatorzy dowalili taką trasę, że na mecie z kompletem PK pojawiły się bodaj cztery zespoły. Zresztą, Multisport wtedy był najlepszy. Ale tam można było nieco swobodniej decydować, co się odpuszcza a co nie, bo przepaki były węzłowe - czyli wracało się do nich po pokonaniu jakiegoś fragmentu trasy. Na trasie liniowej o tego rodzaju udogodnienia trudniej; a wyśrubowane limity służą bardziej organizatorom, niż uczestnikom. I przypomina mi się jeszcze jedna historyjka, tym razem z bardziej odległej przeszłości; mianowicie Adventure Trophy z 2002 roku. Zresztą - o skojarzenie nietrudno, bo teren częściowo się pokrywał. Podobnie, jak lokalizacje części punktów. W każdym razie - tamte zawody to był ostatni z AT, na który chętnych było więcej, niż miejsc. A mówimy o zawodach czwórkowych; na starcie stanęło ponad 80 kapel, zdaje się. Do mety dotarły cztery - z czego czwarta (czyli moja) miała zamieniony finalny spływ Dunajcem na rowery, bo woda była niska i obawiano się, że nie dotrzemy na czas w limicie. Efekt (na który złożyła się i wyrypiarska trasa i dość surowe limity czasowe; wtedy nie praktykowano skracania, kto nie zdążył na czas - pakował manele i do domu) był taki, że rok później tłoku na starcie AT już nie było. Co więcej - na skutek problemów z dopięciem budżetu przeniesiono zawody na późniejszy termin, ludzie się obrażali... A budżet zapewne nie dopiął się, bo zamiast blisko stu zespołów, start planowało może ze dwadzieścia. Taka, panie, promocja dyscypliny.

  Oby nie było powtórki z rozrywki; i tak te rajdy (nie liczę imprez na kilka-kilkanaście godzin) cienko u nas przędą. Szkoda by było.