Stokrotki w boju

   W natłoku doniesień prasowych minionego weekendu mogła umknąć Sz.Państwu informacja o rajdowym debiucie, który dokonał się na trasie Speed Rajdu Konwalii. Wydarzenie - dość dokładnie opisane i udokumentowane fotograficznie - zasługuje na uważne zapoznanie się; osobom, które mają rajdowy debiut przed sobą, polecamy zaś szczególnej uwadze puentę. Aha - podmiotem lirycznym tej pieśni o rajdowaniu jest nasza klubowa koleżanka, Monika. No, to miłej lektury! 

 W Borach Tucholskich 4 sierpnia organizowany był rajd Konwalii. Razem z Ulą przyjęłyśmy śliczną nazwę drużyny „Stokrotki” i zdecydowałyśmy się na trasę Speed, która przewidywała cztery etapy: rower 22 km, trekking 17 km, kajak 9 km,   rower 22 km. Ula ma za sobą kilka rajdów przygodowych,   dla mnie było to zupełnie nowe doświadczenie, ale obydwie chciałyśmy przeżyć przygodę. Perspektywa spędzenia wielu godzin oraz  pokonanie kilkudziesięciu kilometrów o własnych siłach była bardzo kusząca.

Startowałyśmy o 9: 00,  jednak pomimo wczesnej pory dnia z nieba lał się żar, dostałyśmy mapy i chciałyśmy jak najszybciej znaleźć się w lesie, gdzie było odrobinę chłodniej.

Pierwszy etap szedł nam dość gładko, nie zrobiłyśmy większych błędów nawigacyjnych. Trasa nie była wymagająca technicznie, jechałyśmy duktami leśnymi, polnymi drogami z dużą ilością piachu oraz ścieżkami zarośniętymi pokrzywami, jeżynami i wysoką trawą.  Był to etap dość spokojny. Dotarłyśmy do strefy zmian i rozpoczęłyśmy trekking, który był najciekawszym i najbardziej urokliwym odcinkiem trasy Speed. 

       

Było bardzo gorąco, poruszałyśmy się powoli, naszym założeniem było pokonacie trasy bez

większych pomyłek. Ula cierpliwie uczyła mnie nawigacji.  Na początku wszystko szło zgodnie z planem jednak trzeci PK biegu  pokazał nam, że nie będzie tak przyjemnie jak na rowerze, ale jednocześnie o wiele ciekawiej. Popełniłyśmy błąd i na szukanie lampionu straciłyśmy około 40 minut. Kolejny punkt znalazłyśmy bez większych problemów, a następnie dotarłyśmy do 4 punktu etapu (11 na mapie), który zapamiętam na długo. Aby dotrzeć do celu w jak najszybszym czasie należało przepłynąć  jeziorko, które na mapie było pięknym małym niebieskim jeziorkiem, a w rzeczywistości okazało się bajorem pełnym szlamu, nenufarów i innej roślinności.

Bajoro- na zdjęciu wygląda znacznie atrakcyjniej

Płyniemy – oznajmiła Ula,

Ula, nie ma innej opcji? – spytałam w pierwszym odruchu

Nie, to jest najszybszy wariant – odparła Ula.

Na sam widok robiło się niedobrze, ale chęć zdobycia kolejnego punktu była silniejsza od uprzedzeń. Zaczęłyśmy powoli wchodzić do wody,  z każdym krokiem coraz bardziej  nas odrzucało, woda miała okropny zapach i wygląd. Miałyśmy chwilę zawahania, ale szybko przepłynęłyśmy i odbiłyśmy punkt kontrolny. Kolejne punkty nie sprawiały nam większych problemów, a do tego przyjemnie pokonywało się kolejne kilometry w mokrym ubraniu. Trasa była piękna, wybierałyśmy najkrótsze warianty, głównie przebiegające nad brzegiem jezior, które kusiły, aby wykąpać się w nich.

Docierałyśmy już do pkt. 8 trasy (15 na mapie), gdy miałyśmy chwilę zawahania czy wariant, który wybrałyśmy jest dobry, ale dzięki uporowi Uli problem został szybko rozwiązany, wdrapałyśmy się na górę i kolejny PK zaliczony.

Zaczęła nadciągać burza, a przed nami jeszcze jeden PK do odbicia, który znalazłyśmy bez problemu. Burza wzbierała coraz bardziej na sile i chciałam jak najszybciej dotrzeć do strefy zmian, od której dzielił nas dystans kilku kilometrów. Las, połamanymi drzewami, przypominał o zeszłorocznej nawałnicy, która przeszła przez Bory Tucholskie. W samym środku burzy, całe mokre, dotarłyśmy do celu. Przed nami był kolejny etap – kajaki, różne myśli przebiegły nam przez głowę- raz chciałyśmy odpuścić, a zaraz ciekawość trasy kajakowej nie pozwalała nam na powrót do bazy. Burza minęła, a my zdecydowałyśmy się wystartować w 3 etapie. Ula świetnie nawigowała, gdzie wskazała kierunek tam bez protestów płynęłam, jednak do momentu, gdy mapa wskazywała, że jeden z PK i jest ukryty głęboko w trzcinach. Widok nie zachęcał do płynięcia prosto do celu - nie wpłynę tam – powiedziałam, ale po chwili rozsądek szybko wrócił i kolejny PK odznaczony. Ruszyłyśmy do kolejnych punktów, aż w końcu dotarłyśmy do ostatniego – w tym miejscu miałyśmy do wyboru, albo zawracamy do SZA jeziorem, albo znacznie skracamy trasę i przenosimy kajak lądem na drugą część jeziora.  Podpłynęłyśmy, zbadałyśmy teren i zaczęła się przeprawa przez ląd. Poszło dość gładko i ruszyłyśmy do strefy zmian. Przed nami został ostatni etap trasy- rowery, zostały nam jeszcze 3 PK, jednak znacznie oddalone od siebie, a odszukanie wszystkich wiązało się z dużą ilością czasu.  Byłyśmy zagrożone NKL i  Ula podjęła decyzję – kierujemy się w stronę biura zawodów,  a na rozwidleniu dróg zdecydujemy co robimy dalej - ostatecznie pojechałyśmy tylko do jednego PK i wróciłyśmy do mety–  była to bardzo dobra decyzja.

Krótko podsumowując, był to mój pierwszy, ale na pewno nie ostatni rajd przygodowy na orientację – wspaniała przygoda, którą naprawdę warto przeżyć.  Taka impreza, to nie tylko wytrzymałość fizyczna, ale odporność psychiczna, upór i umiejętność podejmowania „męskich” decyzji.