Prawie wyszło

   Rewanż - a właściwie rewanżyk, bo tym razem była to trasa Mini - za spektakularną klęskę z ubiegłego roku prawie wyszedł. Prawie, no, bo jednak, zawsze to milej otwierać listę wyników, niż zadowalać się miejscem w tak zwanej czołówce. Może jednak czas się przyzwyczajać? 

   Założenia były skromne; zgłosić się, dotrzeć na zawody a potem je ukończyć. Jak wskazują liczne dowody - choćby z tego sezonu - to całkiem ambitny plan, jak na zagraniczny rajd. Wprawdzie zagranica taka, że Piotrek Hercog mógłby do centrum zawodów dotrzeć na piechotę - ale, zawsze. Zatem - żeby uławić sobie realizację podpunktów a)(zgłoszenie) i b) (dotarcie w komplecie na start) postanowiliśmy z Piotrkiem Dopierałą nie porywać się w tym roku na trasę długą, tylko wybrać wariant zoptymalizowany do aktualnych potrzeb i możliwości czasowo-finansowych. Czyli - Mini CZ AR.  

  Miało to i ten walor, że w zasadzie przebieg trasy można było obejrzeć przed przyjazdem na zawody. Organizatorzy - nie wiem, czy celowo, czy przypadkiem - wrzucili do sieci mapę z trasą Mini w momencie, kiedy do boju ruszyła trasa długa. Czyli jakieś 2,5 doby przed naszym startem. Żeby było jeszcze fajniej - część etapów się pokrywała; dla kogoś, kto miał czas i ochotę, więcej podpowiedzi chyba nie było trzeba. Ale - mimo, że spora część uczestników już wiedziala, na co się pisze - na starcie pojawiło się ponad 30 dwójek. W tym bodaj z dziewięć z Polski; ciekawa rzecz - rok wcześniej tak obrodziło w Polaków na długiej (tym razem - nikogo, co za bardzo nie dziwi, zważywszy na ubiegłoroczne wyniki). 

(efektowna focia z efektownego startu)

  W piątek wieczorem wszyscy grzecznie ustawili się na linii startu, po czym pognali na trasę. Emocji nie brakowało; już na PK 2 jeden chłopak zwalił się w ciemności ze skały w dół, ale prawie nic sobie nie zrobił. Prawie, bo pęknięcie ośmiu żeber i złamanie ramienia, to w tych okolicznościach bardzo niski wymiar kary. Organizatorzy wykazali się tu zresztą przytomnością i wyczuciem - kiedy się okazało, że ów Ikar wyliże się z ran, błyskawicznie zaproponowali mu darmowe wpisowe za rok. Kto by nie skorzystał?... Nawiasem mówiąc, był to pierwszy, taki poważny, wypadek w ciągu 15 lat rozgrywania CZAR. Co się niektórym nie mieści w głowie, bo akurat Czesi wychodzą z założenia, że jak ktoś startuje - i jeszcze podpisuje kwity, że jest tego świadom - to nie potrzebuje opieki 24h. I bardzo skrupulatnie się tego trzymają, co sprawia, że części polskich zawodników, przyzwyczajonych do asekurowania ubezpieczenia asysty pomocy, oczka się momentami robią wielkie.

(Piotrek w drodze na PK na vyhlidce, czyli punkcie widokowym. W nocy widać było słabo, za to mocno wiało)

 No i tu powinien się rozpocząć szczegółowy opis wydarzeń, ale go Państwu podaruję, bo czasu szkoda przecież. W skrócie - trasa była najpierw piekielnie szybka, by z czasem robić się coraz bardziej perfidna i męcząca. Piotrek miał moc nadzwyczajną, co pokazywał zwłaszcza na rowerze. Błogosławione były momenty, kiedy sam z siebie schodził z siodełka, bo sztajchy okazywały się niepodjeżdżalne... Albo, tylko tak udawał. Męczyć się można było skończyć znacznie szybciej, ale: a) na przepakach zachowywaliśmy się jak debiutanci, b) jak już można było sprawdzać w necie, to trzeba było zerknąć na dokładne lokalizacje PK a nie tracić potem długie minuty na motaniu się w okolicy c) ostatni przelot rowerowy - ze 40 minut  straty na wariancie. A takie się wydawały podobne...

 Wygrała ekipa mieszana. Nie wykazaliśmy się z Piotrem specjalną przenikliwością; kiedy na pierwszym i drugim etapie mijaliśmy się co jakiś czas, nasze opinie były zgodne: "on ją zajedzie zaraz". Bo istotnie; dziewczę, które starało się nadążyć za zarośniętym typem, cały czas wyglądało na zmęczone. Ale to była Tereza Rudolfova, czyli obecnie chyba nr 1 w czeskim AR wśród Pań; do zajechania nie doszło. Może Tereza podczas wysiku ma taki wyraz twarzy, jak Remik Nowak? Też się niejeden nabrał... Zarośnięty i krótkowłosy typ to był z kolei Jarda Krajnik - którego pamiętałem jako gościa z długimi piórami i bez zarostu. Po ciemku to jednak inaczej wszystko wygląda. Druga ekipa - pierwsza męska - oddała prowadzenie z powodu jakiejś awarii roweru. Ale spadek niżej, czyli za nas, choćby z powodów powyżej wymienionych, im nie groził. 

(Piotrek ponownie - tym razem końcówka Bolscrossu. W tle Jożin z bażin. Wszystkie fotografie z fb organizatora)

 A tak w ogóle, to była bardzo fajna wycieczka - ale na pewno nie ostatnia na CZAR. Jest bowiem następny powód, by wrócić; niedyspozycja żołądkowa (Czesi z kuchni to jednak najlepsze mają piwo) nie pozwoliła nam wziąć udziału w ostatniej konkurencji rajdu, czyli sztafetach piwnych. I to jest ten drobiazg do poprawienia, na przykład - za rok.