Pocztówka z Ziemi Świętej

  Nasz niezrównany kompan z Cieszyna, Maciek Pońc, ma oryginalne hobby; lubi znienacka wysłać (mailem, albo jeszcze lepiej - MMSem) jakieś fajne zdjęcie. Jak jeździ na nartach w blasku słońca (to zimą), albo na rowerze (latem); do tego, obowiązkowo, fotka z uśmiechniętym zimno kufelkiem piwa. Wszystko to, rzecz jasna, nie w weekend (kiedy, od biedy, normalni ludzie mogą się zrewanżować podobną ilustracją) - ale w środku tygodnia. Najlepiej, tak gdzieś w południe. Maciek tłumaczy, że wcale nie ma na celu wkurzać czy frustrować adresatów - a tylko dzielić się swoją radością. Biorąc zatem przykład z kolegi, pokrzepiony informacjami o kilkunastostopniowym mrozie w Polsce, podrzucam króciutką korespondencję z Izraela.

  Nie do wiary - tak blisko z Polski (niecałe cztery godziny lotu) - a takie różnice! W czwartek trzeba było zdjąć koszulkę podczas przebieżki nad morzem, tak ciepło. A w piątek i sobotę można potrenować na mapach, biegając na krótko. Fajnie, co? W Izraelu sezon zawodów na orientację w pełni; akurat w ten weekend (czyli piątek i sobota właśnie; niedziela to nasz poniedziałek, naród zasuwa do pracy) nie było żadnych, większych, zawodów - ale i treningi dały radę. Króciutkie, za to teren ciekawy. Kamyczki, kamienie, głazy, półeczki skalne; do tego roślinność z tych kłujących. Mapy nieprzesadnie aktualne (ale nie starsze niż dwa-trzy lata, czyli całkiem przyzwoicie), ale - jak zwykle w takim terenie - należało przede wszystkim ustalić, jak duży musi być głaz czy kamień, żeby zasłużyć na naniesienie go na mapę. Na poniższym obrazku...

(poniższy obrazek)

... widać, oczywiście, teren, który na mapie to biała plama. Te krzaczory obok punktu...

(punkt i krzaczory)

... to, oczywiście, jasna zieleń. Trzeba jednak uczciwie oddać, że głaz zaznaczono małą, czarną kropką. W końcu się trochę wyróżnia.

  Same treningi fajoskie; w piątek liniówka + korytarzyk, w sobotę - mapa bez ścieżek. Dla koneserów tego rodzaju publikacji, fotografie map (zużytych nieco, przepraszam) poniżej:

(Słabo trochę widać; ale większość tego czarnego - to nie drogi)

(jak się łatwo domyślić, spora część żółtych pasków to ślad po zdjętych ścieżkach)

 Mapy w skali 1:7500; nie był to tylko prezent dla weteranów, ale chyba rozwiązanie praktyczne. Sporo tam szczegółów, a w końcu był to tylko trening. Ponadto można było sobie doczytać, jaka jest dokładna lokalizacja punktów - były bowiem opisy. O, takie:

(Oj, przepraszam, pewnie mieliście problem z doczytaniem? Wrzuciłem zdjęcie do góry nogami, moja wina...)

  No, dobrze. Biegało się fajnie, także za sprawą miłego towarzystwa. Do lasu wybrałem się, oczywiście, z Mamą - oraz jej znajomymi. Amos, emerytowany generał i szczęśliwy współposiadacz czterech psów (na fotografii jest jeden; pies faraona, bodajże), był kierowcą bolidu:

(Pieseł bardzo grzeczny; chwilę później jednak pognał w stronę pobliskiego pikniku i smażonego mięsa)

  A na tej fotografii, obok Mamy, izraelska gwiazda orientacji w kategoriach seniorskich - czyli Andra (małżonka Amosa). Pani biega w kategorii K 70 i naprawdę daje radę.

(Panie ubrały się jak na ruską zimę; w końcu to grudzień, rano padało 10 minut a temperatura dochodziła ledwie do 20-25ºC)

 Mam nadzieję, że podzieliłem się radością. To już sobie daruję historie z dojrzewającymi cały rok owocami, bo po co dokładać, nie? Aha - na koniec, najważniejsze. Serdeczne pozdrowienia od Mamy dla wszystkich znajomych z zawodów i nie tylko; do zobaczenia tu lub tam!